Blog o perfumach zapomnianych i vintage
wtorek, 19 czerwca 2012

Nos mój ciągle pracuje na pół gwizdka, więc postanowiłam poratować się kilerem nie lada - różyczką prosto z pracowni (alchemika) perfumiarza - Tea Rose. Nie wiem, czy tak pachnie róża herbaciana właśnie, faktem jest, że wiele róż, które mam w ogródku nawet w jednej dziesiątej nie pachną tak intensywnie. Moc ma wielką, odwrotnie proporcjonalną do ceny.

Jest to róża świeża, rozkwitła o poranku, który zapowiada upalny dzień, lecz rosa na płatkach kwiatów jeszcze nie obeschła. Zapach jest bardzo prosty, bez woskowo-jasminowych niuansów róży majowej z Grasse, konfiturowej słodyczy róży bułgarskiej. Jest to róża pozbawiona damaskonów i geraniolu, praktycznie sam cytronelal i cytronelol, dzięki czemu mamy wrażenie, że jest to zielony nierozwinięty różany pąk. Taki pewnie był zamysł twórców i świetnie się udał. Bez żadnej głębszej myśli czy zawiłych historii, prosto i w dziesiątkę. Nie rozwija się, bo nie ma dokąd, nie ma bazy, same utrwalacze. Mam wrażenie, że oto trzymam przed sobą flaszeczkę wody różanej jakiejś włoskiej herbolarii z drugiej polowy wieku XIX - tak prosty i nieskomplikowany jest to zapach. Ale od starych florystycznych monoaromatów ("prawdziwa dama powinna pachnąć dyskretnie, pamiętaj o tym, kochanie") odróżnia go niebywała głośność i trwałość.  No i jest tu róża, której nigdzie indziej nie znajdziecie, oryginalna i genialna w swej prostocie.

Niestety mój nos (czy może moja żarłoczna skóra) szybko zapomniał o żółtej różyczce, aż musiałam się dopsikiwać, co mi się nigdy wcześniej nie zdarzało. Anosmia trwa:(

Albo lato i owoce, albo zapachy...

niedziela, 17 czerwca 2012

Zapach Lancome a 1937 roku, wskrzeszony w serii Collection, w towarzystwie m.in. Sagamore, Sikkim, Magie i Cuir de Lancome. Na jeżyk polski ten idiom tłumaczy się jak (nomen omen) - "być może". Z polskim "Być może" (tańszy odpowiednik klasycznej Miss Dior) nie ma nic wspólnego.

Skuszona wielce enigmatycznymi wpisami na nielicznych blogach, skromnym dossier na fragrantice, postanowiłam zainwestować doprawdy skromną kasę, aby poznać ten artefakt z przeszłości. Lancome Cuir jest moim ulubionym zapachem Lancome, niezwykle udaną perełką Collection. Innych - Sagamore i Sikkim (męskie szypry) jeszcze nie znam, tkwią w zakamarkach mózgu w "chotiełkach".

Trochę przerażały mnie początkowe nuty, obiecane na fragrantice - jaśmin i syringa, którą pamiętam (traumatycznie) jeszcze z wersji Florisa; ale, okazja jedna na wiele lat, zaryzykowałam. Miały być: dużo pudru, piżma, szminka, marna trwałość, przyskórność, romantyczne suknie z początku zeszłego wieku, buduar, poduszki, różyczki i inne dyrdymałki, że tak skrótowo i chaotycznie ujmę informacje, zaczerpnięte z różnych źródeł. Przy czym wszyscy piszący mieli do czynienia z moją wersją, jako że poprzednia zniknęła po II wojnie światowej i raczej jest bardzo trudno dostępna w stanie nadającym się do noszenia i wąchania. Z powyższego miszmaszu mózg uczepił się słów: "puder", "piżmo", "szminka", "zapach ludzkiej skóry". Z niecierpliwością oczekiwałam flakonu. Piżmo w perfumach vintage jest moim ulubionym składnikiem, jest naprawdę miękkie, otulające, kremowe.

Nie wiem, jak ująć uczucie, które ogarnęło mnie po pierwszym psiku. Ale może najpierw powiem, co powiedział mi małżonek, bo to on pierwszy rozpakował paczkę, kiedy byłam w pracy i natychmiast do mnie zadzwonił, żeby podzielić się wrażeniami. Nawiasem mówiąc, co najmniej milion razu mówiłam, że nie wolno beze mnie otwierać moich paczek! - oczywiście dlatego, że ja chcę być pierwsza;), ale ma to też znaczenie czysto praktyczne, bo kupuję sporo wintydżów, a one potrafią zdechnąć, jeśli otwiera się je zaraz po przyjeździe. Wielu musi się odstać i uspokoić po podróży (mam specjalny "odstojnik", w którym czeka na swoją chwilę m.in. Mitsouko z 1980 roku w kiepskim póki co stanie), nieraz zajmuję to ponad miesiąc. Ale wracając do rozmowy - pierwszy psik - "ja nic nie czuję, co to za zapach?", drugą paczką było Murasaki Shiseido - "no to może być, taki se" (mąż woli zapachy typu Tabu i Youth Dew).

Mój pierwszy i ostatni psik - morze ostrego współczesnego piżma! W tym morzu pływają malusie wysepki irysa (morderczej syringi tam na pewno nie ma) i dość banalnie wykonany tzw. akord francuski, czyli jaśmin+róża. To wszystko wyczuwam bardziej z domysłu niż z autopsji, bo galaxolide (czy inne tegoż typu piżmo tzw. "białe") nakrywa wszystko grubą pierzyną. Gdybym  miała anosmię na ten składnik - a ma tak ponoć prawie 40% ludzi (w tym mój mąż), to na pewno wyczułabym inne składniki, może nawet dostałabym szminkę;) Niestety, współczesne ostre, drzewno-papierowe, wywołujące kichanie piżma są moim przekleństwem - natychmiast je wyczuwam i zamiast miękkości i przytulności mam uczucie klaustrofobii zamknięta w windzie smrodu pędzącej przez czaszkę i i mózg. Zamiast flanelowej piżamki i ciepłej skóry mam w nosie spraną szmatę do podłogi albo tetrową pieluchę w skrzynce z nieheblowanego drewna.

Peut-Etre dla mnie bynajmniej nie ma "słabego sillage", nie jest "przyskórny", "kojący", wręcz przeciwnie - ma kilometrowy drażniący ogon, jest nieziemsko trwały (na drugi dzień doskonałe wyczuwalny).

Trwa lato, pylą trawy, a ja pożeram w niemożebnych ilościach wszystkie te owoce (pestkowe), na które wskutek alergicznej reakcji krzyżowej jestem uczulona - czyli praktycznie wszystkie, bo nawet truskawka ma pestki, i to o wiele więcej, niż na przykład czereśnia;( Przez to mój węch jest o wiele słabszy, niż w zimie, męczy mnie permanentny katar. Wiele zapachów odbieram słabiej, ale powyższy "przyskórny" i "ledwo wyczuwalny" aromat grzmi na mnie niczym dzwon, co bije, wiadomo "mi"*.

Niestety, werdykt dla mnie jest oczywisty - klasyk został wydany bardzo niechlujnie, i nie wiadomo dla kogo - ci, co mają anosmię piżmową (jakże ja im zazdroszczę!) i ogólnie mniej wyrobione nosy, nic nie czują:(, zaś nie należący do grona wielbicieli aromatyzowanego papieru toaletowego nie mogą znieść tej woni. Chyba że ktoś lubi Kenzo Flower, For Her NR, różne Muscs niszowe i mainstreamowe, to proszę tędy. Ja wysiadam:(

--------

* Dlatego nie pytaj, komu bije dzwon; bije on tobie.

Jonh Donn, Medytacja XVII; motto znanej powieści Hemingwaya.

--------

W tym zestawieniu Murasaki był mi ukojeniem i wynagrodził zielenią, świeżymi pąkami róż i pięknym piżmem zupełnie innej prominencji moje męki. Musi poczekać na występ solo, bo ze splashowej buteleczki najpierw przeleję go w inne, zaopatrzone atomizerem naczynko.