Blog o perfumach zapomnianych i vintage
Kategorie: Wszystkie | chemia perfum | ciekawostki | foto | o mnie | perfumy dnia | przeczytałam | testowałam
RSS

perfumy dnia

wtorek, 19 czerwca 2012

Nos mój ciągle pracuje na pół gwizdka, więc postanowiłam poratować się kilerem nie lada - różyczką prosto z pracowni (alchemika) perfumiarza - Tea Rose. Nie wiem, czy tak pachnie róża herbaciana właśnie, faktem jest, że wiele róż, które mam w ogródku nawet w jednej dziesiątej nie pachną tak intensywnie. Moc ma wielką, odwrotnie proporcjonalną do ceny.

Jest to róża świeża, rozkwitła o poranku, który zapowiada upalny dzień, lecz rosa na płatkach kwiatów jeszcze nie obeschła. Zapach jest bardzo prosty, bez woskowo-jasminowych niuansów róży majowej z Grasse, konfiturowej słodyczy róży bułgarskiej. Jest to róża pozbawiona damaskonów i geraniolu, praktycznie sam cytronelal i cytronelol, dzięki czemu mamy wrażenie, że jest to zielony nierozwinięty różany pąk. Taki pewnie był zamysł twórców i świetnie się udał. Bez żadnej głębszej myśli czy zawiłych historii, prosto i w dziesiątkę. Nie rozwija się, bo nie ma dokąd, nie ma bazy, same utrwalacze. Mam wrażenie, że oto trzymam przed sobą flaszeczkę wody różanej jakiejś włoskiej herbolarii z drugiej polowy wieku XIX - tak prosty i nieskomplikowany jest to zapach. Ale od starych florystycznych monoaromatów ("prawdziwa dama powinna pachnąć dyskretnie, pamiętaj o tym, kochanie") odróżnia go niebywała głośność i trwałość.  No i jest tu róża, której nigdzie indziej nie znajdziecie, oryginalna i genialna w swej prostocie.

Niestety mój nos (czy może moja żarłoczna skóra) szybko zapomniał o żółtej różyczce, aż musiałam się dopsikiwać, co mi się nigdy wcześniej nie zdarzało. Anosmia trwa:(

Albo lato i owoce, albo zapachy...

wtorek, 29 maja 2012

Mój flakonik wygląda zupełnie inaczej, tak jakoś dezodorantowo;( Nie mam jeszcze takiej ślicznej flaszeczki, jak na posterze (pobrany z parfumdepub.net - wszystkim miłośnikom starych posterów reklamowych bardzo polecam), ale za to jest to wersja starsza, sprzed magicznych zabiegów odmładzających. Posiadam jeszcze ekstrakt, ale dzisiaj postanowiłam się skropić edt. Założyłam jedwabną sukienkę w kwiatową łączkę, w ręce torebka vintage z lat 50-tych, coby dopełnić obraz...

No i kolejny raz żałuję, że nie nadwerężyłam jednak malutkiego flakonika perfum, bo woda toaletowa jest za ostra, zbyt hiacyntowo-narcyzowa, za mało w niej głębi i za dużo wrzasku. Nie ma w tej wersji w ogóle aldehydów, a bardzo by się tutaj przydały, by zamazać kontury, dodać impresjonizmu;) Narcyz moim  zdaniem wymaga wyjątkowej ostrożności w stosowaniu, gdyż jest gorzko-pudrowy i w tej swojej gorzkości wyjątkowo bezkompromisowy, a z hiacyntem w parze wynosi mózg i kładzie na metalowej półce w prosektorium.

Wersja w perfumach jest bardziej miękko-kwiatowa, aldehydy robią tu swoją dobrą robotę, uczłowieczając to kwiatowe szaleństwo, baza wysładza aromat i go łagodnie utrwala. Edp w ogóle nie próbowałam, i jakoś nie mam ochoty, bo to współczesne przeróbki wyjątkowo źle przysłużyły się właśnie stricte kwiatowym zapachom - na przykład Rive Gauche.

Wczoraj polałam sobie nadgarstek Madame Rochas parfum de toilette - nareszcie ta damulka się odstała po podróży i pachnie "jak człowiek", a już chciałam się jej pozbywać. Trzy miesiące oczekiwania jednak się opłaciły - splashowa buteleczka zawiera płyn w stanie idealnym - co w przypadku tych perfum zdarza się niezwykle rzadko. Madame po różnych zabiegach kokietujących wydała taką tuberozę, że klękajcie narody. Tuberoza z gatunku nie pomarańczowo-śmietankowych, słodkich i przymilnych, lecz pyton, kwiatowy dusiciel, pożeracz powietrza, zwarty i bardzo dominujący. Aldehydy jednak unoszą zapach, krystalizują go, rozrzedzają i nie dają tuberozie ześlizgnąć się w buduarowe duszne klimaty.  Nie znam drugiego aromatu, gdzie istnieje taki tandem aldehydy-tuberoza, taki zdystansowany, chłodny wręcz, lekko mydlany. Niedawno się dowiedziałam, że słynne skądinąd i pięknie pachnące mydło Camay było zrobione na motywach Madame Rochas. Nie pamiętam nuty tuberozy w tym mydle, ale klasa aromatu  na pewno została tam dobrze oddana. Tuberoza z klasą - to zdarza się rzadko! Madame Rochas jest w tej kategorii bezsprzecznym liderem. Infusion de Tubereuse Prady wygląda przy niej bardzo blado:(

wtorek, 08 maja 2012

W ekstrakcie. Spontaniczny i chyba nie dość trafiony wybór;)

Surprise:( AE postanowił postraszyć mnie Soir de Lunem, którego szczerze nie cierpię. Wszystko mi się w nim (SdL) nie podoba: i różyczka niemrawa, i miód pseudogryczany, sztuczny do bólu zębów, i to, że zapach się kwasi i niepokojąco potem zalatuje.

Więc zamiast prawego sierpowego od rumianku, który odstrasza większość potencjalnych użytkowników, dostałam w zęby lekko miodową różą. Perfumeryjna róża z gatunku tych, co je składają przeważnie z puzzli geraniolu z niewielkim  dodatkiem citronelolu, niezbyt przez mnie lubiana, słodycz "miodowa" pochodzi od białego lekarsko pachnącego kwiatka. Dużo aldehydów, unoszących słodką woń i rozszerzających jej sillage. Szypru niet:( Żadnych mchów, korzonków, ziemi. Pewnie dlatego, że to współczesna wersja zapachu, stary był o niebo bardziej szyprowy i mrrroczny, ale się zepsuł:( Mój "świeżaczek" mało tego, że ulizany, maksymalnie ugładzony to jeszcze jak na perfumy ma mizerną trwałość (3 godziny, skandal!).

Idę się zalać;) Tym razem czymś zupełnie z innej półki. [update: wyleczył mą chandrę Parfum d'Hermes ze ślicznej miniaturki (skórzano-aldehydowy szypr), kojąc obrażone zmysły przepiękną różą i jaśminem na podłożu irysowo-hiacyntowym. Wszystko wskazuje, że niechybnie zainwestuję w dużą butlę tego psychotropu].

Niedługo będę miała kolejny produkt marki Clinique - Wrappings, czyli świąteczne papierki po prezentach. Zdobyty "ciężką pracą" - po raz pierwszy użyłam samodzielnie opcji "przelew zagraniczny" w Inteligo, dowiedziałam się co to SWIFT i IBAN, koszmar, jednym słowem;) Czego to nie zrobiłam dla niego, oczekuję po nim niesamowitych fajerwerków, więc się pewnie rozczaruję. Będę wiwisekcja tutaj.

 

piątek, 04 maja 2012

Dzisiaj w Chanel 5 eau de parfum, z flakonika splashowego, wiek nieznany (jest kod z X-em, może ktoś będzie wiedział?), najprawdopodobniej lata 90-te. Mam Piątkę w trzech wersjach, tę wybrałam rozmyślnie. Jest ona znacznie gorsza do współczesnej, przemeblowanej prze Polge, "gorącej" Piątki. Bardzo mydlana, kwaśnawa, nudzi cały czas na jedną nutę. Ale właśnie takiej chciałam. Nie chciałam "ghorrących" morelowych róż i upojnego ylangu, tylko zanudstwa różanego mydełka Kamay, bardziej pasowało mi do dzisiejszego porannego ciepełka. Chciałam spokoju bez żadnych ekscesów.

No i go mam:) Od godziny 7.30 do 16.30 siedzi i nie ma zamiaru puścić. Pachnie tak samo - różą i ylangiem, spokojny, zrównoważony zapach bardzo drogiego mydła. Macie dokładnie to, za co zapłaciliście;) (niewiele, okazyjny zakup na Allegro) Zapach aż koi swoją jednostajnością, uspokaja. Podejrzewam, że trochę przedawkowałam w obawie, że znów nic nie usłyszę, ale tego oczywiście nie czuję. Nikt się nie skarży, demonstracyjnie nie marszczy nosa, więc chyba jest ok;)

Zmiana pogody na gorący lipiec w środku wiosny spowodowała u mnie ochotę na kwaśnawe mydlane aldehydy, więc ręka sama się ciągnie do Caleche, Liu Guerlain, Piątki i Piątki Premierowej. Do szczęścia brakuje mi tylko Piątej Chanelki w edt. Pociągnęła się również [ręka] i do White Linen, lecz te przestraszyły mnie nieoczekiwaną nutką indolu i wonią niemytego sedesu.

Zanudził mnie ten zapach, uczepił się jak rzep psiego ogona, przez co nie mogę zmienić go na nowoprzybyłą 30-tkę Miss Dior w perfumach, [tutaj jej zdjęcie ściągnięte z aukcji]:

[mnie mogłam się nie pochwalić] że jutro najprawdopodobniej będzie 100% w tył zwrot, aldehydy won, i... na czym oko się zawiesi?

Miss Dior na pewno jeszcze długo poczeka swej premiery, bo jest w niełasce - nadal pachnie mi okropnie, choć uczciwie mogę powiedzieć, że nuty nie są bite na pierwszy niuch, nawet spirytus nie jest zjełczały, więc hura hura!!! Nie musi nawet odstać swoje po podróży, która zazwyczaj mocno perfumom vintage nie służy (jeden nawet umarł w moich rękach). Jutro wyłożę zdjęcie klasowe moich Missek, pochwalę się nimi, bo jedna piękniejsza od drugiej - inaczej pęknę z dumy;)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Dzisiaj pierwsze wielkie wyjście w tym zapachu. Nie, nie do opery, po prostu dużo tego na siebie wylałam;)

Kilka spostrzeżeń na gorąco - coś mi w nim niestety nie brzmi, ma jakąś bardzo fałszywą nutę, tym bardziej zauważalną, bo generalnie zapach ma możliwości i zgłasza duże ambicje i pretensje do bycia zniewalającym zielonym szyprem, tylko po drodze coś mu nie wychodzi. Jakiś paskudek czai się za piękną fasadą, coś podskórnie czuję, że mógł mieć rację Luca Turin z tą swoją "pałą" dla EdS:( Zastanawiam się, co obwiniać o fałsz - składniki czy zgrzyt kompozycji?

Tu musi być więcej testów, bo zapach ma tendencję chowania się w cień i udawania, że go wcale nie ma:( Przy czym tylko mnie tak traktuje, bo inni go słyszą dobrze i nawet narzekają, że jest duszący <mąż>. Niech MNIE zadusi! Tyle go na siebie wylałam, i to dwa razy w ciągu dnia, wybrałam dla wyprowadzenia na spacer idealną dla szyprów pogodę - deszcz, a on jak mi się odpłacił, wypiął się na mnie bezczelnie.

sobota, 24 marca 2012

Dzisiaj Perfumami Dnia są Ma Griffe Carvena, autorstwa Jeana Carles'a, nosa takich znanych aromatów, jak Tabu Dana (1932), Schocking Elsy Sciaparelli (1937), Miss Dior 1947 (we współpracy z Paulem Vacherem). Ma Griffe (1946) - Mój Podpis - znajduje się w zacnym towarzystwie i warto przyjrzeć się mu bliżej.

Ta wersja zapachu, którą ja posiadam, nie pochodzi z 1946 roku - jest to pdt (parfum de toilette) lat 80-tych albo 90-tych, która wygląda tak:

Foto ściągnięte z internetu. Moja flaszka przybyła z Portugalii, w bardzo dobrym stanie, wszystkie nuty są na miejscu.

Początek każe nam się zastanawiać, czy ten zapach został dobrze sklasyfikowany jako kwiatowy szypr. Otwiera się bowiem  mocnym uderzeniem "mydlanych" aldehydów, które mocno podbijają w górę nutę gardenii i cytryny. Nie ma obowiązkowej świeżej nuty bergamotki w nutach głowy. Moja gorąca skóra w ekspresowym tempie przewija film otwarcia, gardenia i soczysta cytrynka znikają po dosłownie minucie, wchodzi kwiat pomarańczy, potem wsparta na aldehydach mości się róża z jaśminem - klasyczny akord francuski, znany nam dobrze z Piątki Chanel i Arpege, lecz umieszczony dość nietypowo, bo nie w nucie serca. 

Jakże szybko następuje kardynalny przełom, rubież, granica. Nie ma płynnego przejścia, jest wyrwa, po której zapach odwraca kota ogonem, jakby postanowił, że dość tego udawania, przymilania się, że jedna nie warto;) "Serce" bowiem serwuje nam niespodziankę, główną bohaterką której jest jakże perfumeryjnie brzmiący składnik - asafoetyda, inaczej czarcie łajno lub smrodzieniec, gumożywica pozyskiwana z korzeni i kłączy zapaliczki cuchnącej. Wszystkie te wiele brzmiące nazwy są w pełni usprawiedliwione, zapewniam:) Nuta serca pachnie po trosze goryczką startej skórki cytrynowej, gorzkim pudrem mimozowym, styraksem. Świerzbi i kręci w nosie, niepokoi. Zapach staje się gorzki, kurzy się i w tym momencie przypomina mi się klasyczna "babcina szafa", często używane określenie dawnych zapachów na forach perfumeryjnych, stała bywalczyni tematów o perfumach vintage. Jeśli ktoś chcę poznać tę starszą panią z bliska, ona tutaj mieszka. Pani jest narowista i żwawa; czerstwa z niej staruszka - i nie ma zamiaru się komukolwiek podobać. Gorycz nie ustępuje ani na chwilę, starsza pani zmusza nas do prostowania pleców i trzymania głowy wysoko, przypomina, że chęć przypodobania się każdemu to kiepski pomysł na życie. Starsza pani jest feministką! Jej "podpis" jest z pazurem (inne tłumaczenie wyrazu "griffe", nazwa to gra słów).

Zapach cichnie po kliku godzinach, powoli staczając się w bazę. Nie ma w tej bazie ambr ani cielesnych piżm, jest za to styraks, wetiweria i mech dębowy. Benzoina i piżmo zaznaczone, ale to zmyłka dla naiwnych. Stara zołza nie ma zamiaru z nikim się godzić ani za nic przepraszać. Do końca pozostaje sobą i nie przestaje drzeć kotów z naszym nosem;)

Jeśli ktoś lubi starą Miss Dior, stary - sprzed nowego wcielenia Bandit, Sikkim; proszę tędy.

Uwielbiam takie przekorne, zadziorne zapachy. Jednak jest to szypr, przewrotny, bo na początku udaje i oszukuje nas aldehydowo-kwiatowym wstępem w stylu Rive Gauche i First, ale rozwija się i zaskakuje; piramida jego nie jest tylko ozdobą, jak u wielu współczesnych zapachów, wywalających od razu kawę na ławę. Tego aromatu nie sposób ocenić w ciągu 5 sekund podczas krótkiej wizyty w perfumerii;) Lubię ten zapach, bo przygoda z nim to jazda po bandzie i nie dla każdego. Zero słodyczy, przytulności, nic o jedzeniu, naręcze kwiatów tylko po to, żeby dostać nim w twarz i podrapać się kolcami. Doskonały zapach na manifę i do rozmowy z szefem o podwyżkę:)

piątek, 23 marca 2012

Dzisiaj z rana bez zastanowienia chwyciłam odlewkę klasycznego Scherrera.

Mam go w odlewce, bo z dalekiej Ameryki flakon przyszedł z zepsutym atomizerem i w trakcie zdejmowania atomizera ułamała się szyjka butelki. Perfumy (woda toaletowa) powędrowały do dwóch brzydkich atomizerków, a w trakcie przepsikiwania strzykawką narobiły nam takiego zapachu!

Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy na sobie poczułam obezwładniającą zieloną, świetlistą nutę (wg fragrantiki - tzw. zielone nuty i porzeczki), która kręciła mi w nosie przez jakieś półgodziny, a potem gdzieś sobie poszła, ucichła i zapomniałam o zapachu.

Dzisiaj w ramach nowej akcji "jest wiosna - codziennie inny szypr" założyłam Scherrera w nadziei, że tamto cudowne zielone światło powróci i znów mnie opromieni. Niestety, dzisiejsza pogoda nie dla niego. Nuta górna w ogóle nie zagrała, od razu zabrzmiały nuty serca, po kolei: gardenia, nieśmiała różyczka i irys, stopniowo zanikały, gdyż na scenę wgramolił się cedr w towarzystwie... cywety i piżma. Nie ma tego złego... Od teraz z niczym cywety nie pomylę - ta zwierzęca, ostra nuta nie dawała mi spokoju przez cały czas trwania zapachu (dyskretnie rozglądałam się w komunikacji miejskiej, czy nikt nie zatyka nosa i nie ucieka ode mnie chyłkiem - ofiar w ludziach na szczęście nie było). Dzisiaj w palecie Scherrera dla mnie została wybrana nuta cedru okraszona afrykańskim kotem, a ściśle mówiąc, ekstraktem jego gruczołów okołoodbytniczych, które przed obróbka tak oto wyglądają:

Fajne, prawda?

No tak, od perfum przeszłam do ich składników, które wyglądają zgoła nieperfumeryjnie. Nawiasem mówiąc, pachnie cyweta znacznie lepiej, niż wygląda. Jest to znany w perfumerii składnik służący do utrwalania zapachów, zwłaszcza o nucie drzewno-orientalnej, ponieważ pachnie zwierzęco-cieleśnie. Jeden z niewielu składników zwierzęcych, który do tej pory nie został zastąpiony odpowiednikiem roślinnym ze względu na unikalność zapachu. Większość współczesnych perfumiarzy po prostu go unika, ponieważ koty są hodowane w urągających warunkach i nierzadko męczone w celu pobrania jak największej ilości materiału.

Dom wysokiej mody Jean Louis Scherrer został stworzony w roku 1963 przez ucznia Christiana Diora Jeana Louisa Scherrera. Do klasyki przeszły sukienki koktajlowe we wzory oraz marynarki.Dom ubierał takie osobistości jak rodzinę Kennedych, Sophie Lauren, Raquel Welch i in.

Pierwszy aromat domu Scherrer został stworzony w roku 1979. Jest to kwiatowo-zielony szypr o klasycznej konstrukcji. Nosa, czyli autora na przestrzeniach internetu nie udało mi znaleźć.

Inne zapachy tego domu dla Pań: Scherrer II - owocowy szypr, Nuits Indiennes (kwiatowy orient), S de Scherrer (kwiatowy), Nuits de Scherrer (waniliowo-pudrowy), Immense pour Femme (kwiatowo-waniliowy),Miss Scherrer (kompocik).