Blog o perfumach zapomnianych i vintage

testowałam

niedziela, 17 czerwca 2012

Zapach Lancome a 1937 roku, wskrzeszony w serii Collection, w towarzystwie m.in. Sagamore, Sikkim, Magie i Cuir de Lancome. Na jeżyk polski ten idiom tłumaczy się jak (nomen omen) - "być może". Z polskim "Być może" (tańszy odpowiednik klasycznej Miss Dior) nie ma nic wspólnego.

Skuszona wielce enigmatycznymi wpisami na nielicznych blogach, skromnym dossier na fragrantice, postanowiłam zainwestować doprawdy skromną kasę, aby poznać ten artefakt z przeszłości. Lancome Cuir jest moim ulubionym zapachem Lancome, niezwykle udaną perełką Collection. Innych - Sagamore i Sikkim (męskie szypry) jeszcze nie znam, tkwią w zakamarkach mózgu w "chotiełkach".

Trochę przerażały mnie początkowe nuty, obiecane na fragrantice - jaśmin i syringa, którą pamiętam (traumatycznie) jeszcze z wersji Florisa; ale, okazja jedna na wiele lat, zaryzykowałam. Miały być: dużo pudru, piżma, szminka, marna trwałość, przyskórność, romantyczne suknie z początku zeszłego wieku, buduar, poduszki, różyczki i inne dyrdymałki, że tak skrótowo i chaotycznie ujmę informacje, zaczerpnięte z różnych źródeł. Przy czym wszyscy piszący mieli do czynienia z moją wersją, jako że poprzednia zniknęła po II wojnie światowej i raczej jest bardzo trudno dostępna w stanie nadającym się do noszenia i wąchania. Z powyższego miszmaszu mózg uczepił się słów: "puder", "piżmo", "szminka", "zapach ludzkiej skóry". Z niecierpliwością oczekiwałam flakonu. Piżmo w perfumach vintage jest moim ulubionym składnikiem, jest naprawdę miękkie, otulające, kremowe.

Nie wiem, jak ująć uczucie, które ogarnęło mnie po pierwszym psiku. Ale może najpierw powiem, co powiedział mi małżonek, bo to on pierwszy rozpakował paczkę, kiedy byłam w pracy i natychmiast do mnie zadzwonił, żeby podzielić się wrażeniami. Nawiasem mówiąc, co najmniej milion razu mówiłam, że nie wolno beze mnie otwierać moich paczek! - oczywiście dlatego, że ja chcę być pierwsza;), ale ma to też znaczenie czysto praktyczne, bo kupuję sporo wintydżów, a one potrafią zdechnąć, jeśli otwiera się je zaraz po przyjeździe. Wielu musi się odstać i uspokoić po podróży (mam specjalny "odstojnik", w którym czeka na swoją chwilę m.in. Mitsouko z 1980 roku w kiepskim póki co stanie), nieraz zajmuję to ponad miesiąc. Ale wracając do rozmowy - pierwszy psik - "ja nic nie czuję, co to za zapach?", drugą paczką było Murasaki Shiseido - "no to może być, taki se" (mąż woli zapachy typu Tabu i Youth Dew).

Mój pierwszy i ostatni psik - morze ostrego współczesnego piżma! W tym morzu pływają malusie wysepki irysa (morderczej syringi tam na pewno nie ma) i dość banalnie wykonany tzw. akord francuski, czyli jaśmin+róża. To wszystko wyczuwam bardziej z domysłu niż z autopsji, bo galaxolide (czy inne tegoż typu piżmo tzw. "białe") nakrywa wszystko grubą pierzyną. Gdybym  miała anosmię na ten składnik - a ma tak ponoć prawie 40% ludzi (w tym mój mąż), to na pewno wyczułabym inne składniki, może nawet dostałabym szminkę;) Niestety, współczesne ostre, drzewno-papierowe, wywołujące kichanie piżma są moim przekleństwem - natychmiast je wyczuwam i zamiast miękkości i przytulności mam uczucie klaustrofobii zamknięta w windzie smrodu pędzącej przez czaszkę i i mózg. Zamiast flanelowej piżamki i ciepłej skóry mam w nosie spraną szmatę do podłogi albo tetrową pieluchę w skrzynce z nieheblowanego drewna.

Peut-Etre dla mnie bynajmniej nie ma "słabego sillage", nie jest "przyskórny", "kojący", wręcz przeciwnie - ma kilometrowy drażniący ogon, jest nieziemsko trwały (na drugi dzień doskonałe wyczuwalny).

Trwa lato, pylą trawy, a ja pożeram w niemożebnych ilościach wszystkie te owoce (pestkowe), na które wskutek alergicznej reakcji krzyżowej jestem uczulona - czyli praktycznie wszystkie, bo nawet truskawka ma pestki, i to o wiele więcej, niż na przykład czereśnia;( Przez to mój węch jest o wiele słabszy, niż w zimie, męczy mnie permanentny katar. Wiele zapachów odbieram słabiej, ale powyższy "przyskórny" i "ledwo wyczuwalny" aromat grzmi na mnie niczym dzwon, co bije, wiadomo "mi"*.

Niestety, werdykt dla mnie jest oczywisty - klasyk został wydany bardzo niechlujnie, i nie wiadomo dla kogo - ci, co mają anosmię piżmową (jakże ja im zazdroszczę!) i ogólnie mniej wyrobione nosy, nic nie czują:(, zaś nie należący do grona wielbicieli aromatyzowanego papieru toaletowego nie mogą znieść tej woni. Chyba że ktoś lubi Kenzo Flower, For Her NR, różne Muscs niszowe i mainstreamowe, to proszę tędy. Ja wysiadam:(

--------

* Dlatego nie pytaj, komu bije dzwon; bije on tobie.

Jonh Donn, Medytacja XVII; motto znanej powieści Hemingwaya.

--------

W tym zestawieniu Murasaki był mi ukojeniem i wynagrodził zielenią, świeżymi pąkami róż i pięknym piżmem zupełnie innej prominencji moje męki. Musi poczekać na występ solo, bo ze splashowej buteleczki najpierw przeleję go w inne, zaopatrzone atomizerem naczynko.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Dwa spotkania perfumeryjne - dużo wąchania, gadania o zapachach, dzielenia się nowymi fascynacjami. Z mojej strony dużo zamęczania innych moimi prywatnymi bzikami;)

Zostałam obdarowana albo napożyczałam całą masę próbek, miniaturek, odlewek - za co ogromnie dziękuję Odarpi i JustynaNeyman!

Śmierdziel wszechczasów w mojej prywatnej klasyfikacji, czyli "arcydzieło" Sofii Grojsman Nude Billa Blassa przez specjalistkę od chloru basenowego w perfumach został totalnie zdeklasowany do po prostu śmierdziela, bez prawa straszenia dworcową toaletą;( Ja jednak upieram się przy swoim - dla mnie to upojna woń WC na Dworcu Wschodnim w Warszawie we wczesnych latach 90-tych, przełamana zapachem krytego basenu przy Inflanckiej. Wszystkim zainteresowanym tymi unikatowymi perfumami mogę służyć próbką i wiem, gdzie można zdobyć więcej:)

Mój czarny koń, czyli obłędny skórzany szypr Jacomo Chicane nie został przez nikogo doceniony, wobec czego obiecuję, że w możliwie najkrótszym czasie rozsławię go na łamach tego bloga. Będzie dużo szczenięcych zachwytów.

Razem z Justyną i Gustawem zrobiliśmy nalot dywanowy na Superpharm w Złotych Tarasach, wskutek czego Jabłuszko Lolity Lempickiej już cieszy właścicielkę i miłośnika ładnych flakoników:) Wąchałyśmy mnóstwo Escad, pewnie pierwszy i ostatni raz w naszych życiach. Wiosna, człowiek w awitaminozie chce lekkich soczyście owocowych aromatów;)

Z Odarpi odkryłyśmy niezapomniany aromat końskiego moczu So french (dostępny w Sephorze) - na blotterze siuśki konia żyją po dziś dzień. Piramida o tym składniku wstydliwie milczy;(

Moja nowa miłość - Parfum d'Hermes - przepiękny skórzany szypr (z tych z linii irysowej), rozpoczyna się mocnym, ostrym uderzeniem hiacyntu, potem mnóstwo skóry i róży, na blotterze bliźniak - Chicane, na skórze - bardziej miękki, mniej szyprowy, więcej aldehydów, które unoszą aromat. Wysoko na wishliście.

Testowałyśmy z Odarpi różne Cabochardy - w sumie trzy: współczesna edt, edt z lat 70-tych w gazowym sprayu, miniaturka edt z lat 90-tych (?). Szkoda, że perfumy w miniaturce doszły do mnie dopiero po spotkaniu, byłyby ciekawym dopełnieniem naszych testów. Werdykt jednoznaczny - starsze roczniki są bardziej ludzkie! Miękki, nieostry, niewrzeszczący zapach, przyskórny, otulający - tak, Cabochard potrafi być otulający i bardzo, ale to bardzo kobiecy! Szukajcie starszych roczników - od siebie dodam - najlepiej w perfumach - mniej kumaryny, a więcej zieleni i cierpkiej słodyczy, mech bardzo ładny, ogólnie perfumy mają większą gamę i głębię. Współczesny Cabochard jest wg mnie dedykowany raczej panom. Męska skóra jako bardziej tłusta i gorąca, lepiej zaciera wszelkie ostrości i kanty, uwypukla pożądaną dla "prawdziwego mężczyzny" nutkę tytoniu i skóry. Polecam gorąco na równi z klasycznym Aramisem - niemalże bracia bliźniacy, z tego samego ojca zresztą (Bernard Chant), który oprócz wyżej wymienionych miał inne niezwykle dzieci: Aramis Devine, Aramis 900, Aromatics Elixir, Estee dla Estee Lauder.

Testowałyśmy także Miss Balmain z różnych roczników - tu tylko dwa - edt z przypuszczalnie lat 70-tych w gazowym sprayu i współczesna edt. Tutaj różnica była jeszcze bardziej rażąca, niż w poprzednim przypadku. Otóż Miss B. z czasów tuz po rewolucji seksualnej jest bardzo skórzano-piżmowa (pewnie tzw. nitropiżma), niezwykle kobieca, z rodziny skórzanych szyprów, bliska Cabochardowi i Azuree, ale bardziej irysowa, ma więcej mchu od nich. Współczesna pachnie tylko słodkim tytoniem czy tabaką (na mnie, Justyna czuje raczej mokrego peta), czyli kumaryną w niemalże czystej postaci:( Nie ma irysów ani innych kwiatów; mech, czyli najprawdopodobniej evernil słabiutko wyczuwalny, możliwe, że nakryła go grubą kołdrą kumaryna. Miss Balmain we współczesnej wersji jest prymitywna i żeruje na legendzie Germaine Cellier (autorka Miss B - 1967), która w grobie się pewnie przewraca:(

Dostałam od Odarpi flaszeczkę z czystym cashmeranem (syntetyk, mający udawać drewno kaszmirowe - nareszcie wiem, co zacz), który pachnie mokrym spleśniałym drewnem i paczulami, i coś mi świta, że w różnych tzw. drzewnych aromatach już mi dzwonił. Tak na szybko stawiam na nielubiane Perles od Lalique, które ma i drewienka jakoweś (80% Iso E Super), i paczule łzawiące oczy.

Mnóstwo próbek od Odarpi na razie leży odłogiem, lecz niektóre podsumuję w telegraficznym skrócie:

Essence Eau de Musc Narciso Rodriguez - wynosi "musk" poprzez dziurę w czaszce wielkości pięści. Migrena gwarantowana. Absolutnie nie dla tych, którzy wyczuwają obrzydliwe współczesne sztuczne piżma. Mój pachnący papier toaletowy śmierdzi identycznie, bardziej intensywnie, a kosztuje 50 groszy za rolkę. Straszne! Dla miłośników "seksualnych [flanelowych] piż[a]m". Konieczna częściowa anosmia.

For Her edp tej że marki. "Musk" już poza czaszka, ale boli dużo gorzej:( Ludzie!!!! Tego się nie da wąchać! Koszmar w czystej postaci, gazowy atak, wyszukana tortura, która jako żywo przypomina mi epizod z "1984" Orwella z klatką szczurów, które miały wyjadać mózg głównemu bohaterowi. On do wszystkiego się przyznał, jak tylko ich zobaczył. Ja też - zdam wszystkie mety i hasła, powiem, gdzie są tanio najlepsze vintage, tylko zlitujcie się, zabierzcie to ode mnie! Kupować najgorszym wrogom, koleżance w pracy, której życzysz szybkiego zwolnienia, molestującemu szefowi, bogatej cioci/babci, która nie chcę przejść do lepszego świata. Skuteczność natychmiastowa.

Coudray Musc et Fresia. Żeby już zakończyć na dobre temat "seksualnych" piżm i nigdy więcej do niego nie wracać:( Wszystko to co powyżej, bardziej człekolubne, ale nadal papier toaletowy zapachowy produkcji Auchan się kłania. Jakieś owocki kompocikowe, osmantusik, czyli jeszcze więcej owocków i w bazie "białe piżma", czyli piżamy dla tych z anosmią, a dla mnie wiertło doczaszkowe udarowe.

Shaal Nur Etro. Oswojony Orient dla "białych człowieków". Dużo drewien, wetywer na początku, szybko wpadający w objęcia cashmeranu;) Tak, teraz wiem, kto albo raczej co za tym stoi;) W chórkach owocki, kolendra (gdzieże bez niej), bardzo delikatne kadzidło. Doskonały niskobudżetowy produkt dla tych, co chcą mieć aromat do pracy, którym nikogo nie uduszą, i pozostać przy tym w mainstreamie niszowym. Taki lepszy Must Cartiera;)

Jasmine White Moss Estee Lauder Private Collection. Dużo jaśminu i galbanum, wyczuwam również hiacynt, nie zgłoszony w nutach. Dość prymitywny szyperek ("biały mech" pewnie z tegoż mitu, co i "białe piżmo"), bardzo monotonny. Bite trzy godziny pachnie tak samo, pod koniec znacznie ciszej (nareszcie!). Dla tych, którzy lubią białokwiatowe szaleństwo przełamane mokrą zielenią. Za co te pieniądze (300 euro), pytam się retorycznie? Gdyby to kosztowało 10 razy mniej, to byłoby mniej pretensji i patosu, bardziej adekwatnie, słowo daję.

La Perla La Perla. Prosty, przytulny, spokojny, bardzo przyjemny kwiatowo-aromatyczny szypr. Porównywany do Palomy Palomy Picasso, ale kolory dużo bardziej stonowane - raczej sepia. Nie ma szalejącej tuberozy w miodzie, nuklearnej róży, jest trochę owoców, trochę kwiatów, trochę miodu. Nawet kolendra nie jest natrętna - tu mogę ją czuć i nie ma żadnego ale z mojej strony;) Wszystko na swoim miejscu, ładnie zmiksowane, bezpretensjonalne, porządnie zrobione. Zapach się rozwija, jest jakiś, widać konstrukcję, ręce i nogi, sens i urodę niebanalną. Czegóż chcieć więcej za takie pieniądze? Dla miłośników szyprów (podgatunek miodowo-kwiatowy odmiana naturalna, nie mylić ze sztucznym miodem gryczanym Soir de Lune) lektura nieobowiązkowa, ale przyjemna. O stopień wyżej, niż poprzednia pozycja.

Kilka próbek przeszło do rąk moich córek, więc nie będzie nic na temat Casmira Choparda (można po prostu otworzyć paczkę aromatyzatora do piernika albo przejechać koło Polleny Aromy na warszawskich Płudach po południu), Laury Rosee, w tym innym jakimś owocowym zapaszku o błękitnej (sic) barwie.

Dziękuję za uwagę, dalszy ciąg nastąpi.

Specjalne podziękowania dla Justyny Neyman i Odarpi za materiał dla testów i cierpliwość, z także za użyczenie własnego nosa i porady eksperckie.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Oto jaki śmiały poster udało mi się znaleźć do tego zapachu (1932). Więcej posterów można znaleźć tu. Trzeba szukać według firmy, potem według poszczególnych zapachów.

Zapach stworzony przez Jeana Carlesa, autora takich arcydzieł, jak Miss Dior, Ma Griffe, Shociking i Indiscret.

Biorąc pod uwagę rok stworzenia, nie tylko post jest nadzwyczajnie obrazoburczy i kontrowersyjny, ale sam zapach w pełni mu dorównuje. Nie boję się użyć tutaj słowa-wytrychu - "zmysłowy", gdyż w tym wypadku doskonale ono pasuje, mamy tu wszystkie składniki typowo "zmysłowe" i "orientalne": ylang, przyprawy, goździk, cyweta, ambra, benzoin.

Zapach nie jest ładny w potocznym znaczeniu tego słowa. Już na początku narzuca się nosowi bukietem przypraw - kolendra i goździk, jakieś inne przyprawy zaznaczone osobno w spisie nut. Cyweta daje charakterystyczną cielesną nutkę (eufemizm na zapach świeżego potu). Świdrujące przyprawy, pot, ostry wetywer, piwniczny zapach mchu - brzmi jak przepis z księgi jakieś leśnej czarownicy z izby na kurzej stópce. Na pewno obecność przypraw nie nadaje zapachowi charakteru spożywczego, nie ma tu niesprzątniętej szafki kuchennej (vide Kingdom McQueen). Więcej, są one tak umiejętnie zmiksowane, że mamy wrażenie, że właśnie tak ma być - wszystko jest na swoim miejscu, każda nutka ma sens i głos w wyjątkowo zgranej orkiestrze.

Mimo że to woda kolońska, zapach jest dobrze wyczuwalny przez ponad 4 godziny, co najmniej przez 3,5 godziny zostawia w pomieszczeniu ogon. Bezsprzecznie jest piramidozaurem - cały czas się rozwija, nie wykłada wszystkich kart od razu, zaskakuje, zmienia się, i to nie tylko po 30 minutach od aplikacji.

Ja mam gorącą skórę, która zazwyczaj skraca nuty górne do minimum, tak jest i w tym przypadku. Jeśli była jakaś bergamotka i pomarańcza, to je niniejszym pozdrawiam i przepraszam, że nie zdążyłam się przywitać, tak szybko zniknęły (trzeba wziąć poprawkę, że testowałam starą miniaturkę, i możliwe jest, że górne nuty po prostu się popsuły).

Nuty serca też trwają jakieś 3 maksymalnie do czterech godzin, powoli przyprawy cichną, odchodzą - pierwsza kolendra, na samym końcu goździk, i zostaje bardzo ładna baza. Dużo benzoinu, ambretty, sandału; cyweta, mająca przede wszystkim podkreślać nuty środkowe, też się ulatnia grzecznie po jakiś 3 godzinach. Klasykę jednak przełamuje mech dębowy, bardzo dobrze wyczuwalny aż do końca, który znika dopiero razem z nutami dolnymi.

Powtórzę się: Tabu nie jest ładnym zapachem, bo nie taki był jego zamysł, idea. Miał prowokować, oburzać. Przesłanie jest dopracowane w każdym szczególe: od nazwy poprzez reklamę po sam zapach. Wzbudza emocje, nie pozostawia obojętnym, a to wiele znaczy. Nie musimy go lubić (i zapewne nie wszystkim będzie się podobać), ale szacunek z całą pewnością mu się należy.

Rok 1932 - rok powstania zapachu. Jaki Orient był wtedy popularny? Shalimar, Mitsouko - zapachy o zupełnie innej konstrukcji i składnikach, słowo Orient tu miało raczej zastosowanie czysto reklamowe, aniżeli "merytoryczne". W kategorii "zapachu orientalnego" w onaszym obecnym rozumieniu mógł z nim konkurować jedynie L'Origan Coty, i może jeszcze Poivre Carona. Jeszcze świat nie poczuł ani Youth Dew (1952), ani Cinnabar (1978), ani Opium (1977), nie było Samsary (1989). Szał na bezwstydne wonie obezwładniające zmysły jeszcze nie nadszedł.

Ten zapach to starsza siostra Youth Dew, może mniej ładna, ale za to z jakim czystym profilem!

Za możliwość przetestowania Tabu dziękuję Katwie.

czwartek, 22 marca 2012

Dzisiaj przewrotnie - nie będzie o moich zapachach, tylko o zapachu testowanym.

Na wiosnę poszukujemy zapachów lekkich, rześkich, zielonych i przeźroczystych. Z plakatu reklamującego zapach wyziera sterylność, przeźroczystość, chłód i biel. Dobra, w to mi graj, lubię minimalizm, chłód i biel. Idziemy testować.

Dodam, że wieki temu miałam flakonik Scenta w wersji Floral i pachniał mi jakimś tanim "odekoloniem", ale to było olfaktoryczne wieki temu. Oprócz tego usiłowałam się bezskutecznie przekonać do Odysseja, co zakończyło się pierwszą w moim życiu migreną, za co jestem firmie Miyake dozgonnie wdzięczna - wiedza kluczem do potęgi jest.

Po drodze przez perfumerię była L'eau de Chloe - jeśli ktoś usiłuje nadal zgłębiać tajemnicę, w których perfumach ukryta jest Iso e Super, to tędy droga. W najświeższej nowości od Chloe słuchać Iso plus rachityczną różę po 15 praniach, ewentualnie citronelol czy inne jakieś molekuły udające cytruski.

Uff, dobrnęłam do Scenta, poraziłam się ceną - ponad 400 zł za setkę (tu minimalizmu jakby brak), obejrzałam bardzo ładny flakon. Cudne połączenie lekko zielonkawego gładkiego szkła i z oszronionym, ascetyczny napis - podoba mi się.

Jeden psik na blotter - coś jakby proszek do prania, trudno, trzeba testować na odnożu. Szczodry psik - atomizer leje po ręce - i ból, rozdzierający nozdrza! Potężny haust zagłuszacza smrodu środków piorących w kluczu cytrynowo-świeżym, czyli tak naprawdę najbardziej chemicznym. O żeż ty, dlaczego nikt mnie nie uprzedził! Jeśli to coś to werbena i cytrusy, od dzisiaj mówię i piszę po chińsku. Wszyscy bodaj znamy zapach werbeny (przypomina mi się Ellen O'Hara), nie może być pomyłki - werbeny tutaj niet! Cytrusy nawet obok nie przechodziły. Wszystko to jakiś koktajl Mołotowa mający zazwyczaj zastosowanie w proszkach do białego prania, ten do kolorowego ma chyba bogatszy bukiet.

Kiedy domniemamy akord cytrusowo-werbenowy odpływa (niestety, nie do końca) zgodnie ze zgłoszoną piramidą zapachu, na scenę powoli wychodzi goryczka galbanum i hiacyntu, mająca zapewnić zieleń i wilgoć zapachu. Niestety, ale być może taki był zamysł, hiacynt jest pozbawiony wszelkich znamion kwiatu (coś a la Irys Prady), a "sterylne" galbanum jest chłodne, gorzkie i jadowite, bo nadal w towarzystwie proszku Ariel albo Vizir. Jaśminu nie stwierdzam wcale. Bazy jako takiej nie ma, zapach trwa niezmiennie jakieś 4 godziny, na szczęście stopniowo się wyciszając.

Wąchając  Scenta, przeżyłam coś na kształt prywatnego objawienia - zrozumiałam, o co chodziło w cokolwiek tajemniczej koncepcji "bielszej bieli". Bielsza biel tego zapachu polega na tym, że "biel" - czyli  minimalizm środków finansowych jest jeszcze "bielszy" dzięki zastosowanym składnikom, czemuś na kształt pachnącego DDT, wyżerającego mózg. Bielsza biel jest jadowita i bardzo niebezpieczna, tania, tandetna, ale udająca ascetyczność.

Tak biały i ascetyczny jest lizol, fartuch pielęgniarki, kafelki w szpitalu.

Nos: Daphne Bugey, 2009