Blog o perfumach zapomnianych i vintage
wtorek, 19 czerwca 2012

Nos mój ciągle pracuje na pół gwizdka, więc postanowiłam poratować się kilerem nie lada - różyczką prosto z pracowni (alchemika) perfumiarza - Tea Rose. Nie wiem, czy tak pachnie róża herbaciana właśnie, faktem jest, że wiele róż, które mam w ogródku nawet w jednej dziesiątej nie pachną tak intensywnie. Moc ma wielką, odwrotnie proporcjonalną do ceny.

Jest to róża świeża, rozkwitła o poranku, który zapowiada upalny dzień, lecz rosa na płatkach kwiatów jeszcze nie obeschła. Zapach jest bardzo prosty, bez woskowo-jasminowych niuansów róży majowej z Grasse, konfiturowej słodyczy róży bułgarskiej. Jest to róża pozbawiona damaskonów i geraniolu, praktycznie sam cytronelal i cytronelol, dzięki czemu mamy wrażenie, że jest to zielony nierozwinięty różany pąk. Taki pewnie był zamysł twórców i świetnie się udał. Bez żadnej głębszej myśli czy zawiłych historii, prosto i w dziesiątkę. Nie rozwija się, bo nie ma dokąd, nie ma bazy, same utrwalacze. Mam wrażenie, że oto trzymam przed sobą flaszeczkę wody różanej jakiejś włoskiej herbolarii z drugiej polowy wieku XIX - tak prosty i nieskomplikowany jest to zapach. Ale od starych florystycznych monoaromatów ("prawdziwa dama powinna pachnąć dyskretnie, pamiętaj o tym, kochanie") odróżnia go niebywała głośność i trwałość.  No i jest tu róża, której nigdzie indziej nie znajdziecie, oryginalna i genialna w swej prostocie.

Niestety mój nos (czy może moja żarłoczna skóra) szybko zapomniał o żółtej różyczce, aż musiałam się dopsikiwać, co mi się nigdy wcześniej nie zdarzało. Anosmia trwa:(

Albo lato i owoce, albo zapachy...

niedziela, 17 czerwca 2012

Zapach Lancome a 1937 roku, wskrzeszony w serii Collection, w towarzystwie m.in. Sagamore, Sikkim, Magie i Cuir de Lancome. Na jeżyk polski ten idiom tłumaczy się jak (nomen omen) - "być może". Z polskim "Być może" (tańszy odpowiednik klasycznej Miss Dior) nie ma nic wspólnego.

Skuszona wielce enigmatycznymi wpisami na nielicznych blogach, skromnym dossier na fragrantice, postanowiłam zainwestować doprawdy skromną kasę, aby poznać ten artefakt z przeszłości. Lancome Cuir jest moim ulubionym zapachem Lancome, niezwykle udaną perełką Collection. Innych - Sagamore i Sikkim (męskie szypry) jeszcze nie znam, tkwią w zakamarkach mózgu w "chotiełkach".

Trochę przerażały mnie początkowe nuty, obiecane na fragrantice - jaśmin i syringa, którą pamiętam (traumatycznie) jeszcze z wersji Florisa; ale, okazja jedna na wiele lat, zaryzykowałam. Miały być: dużo pudru, piżma, szminka, marna trwałość, przyskórność, romantyczne suknie z początku zeszłego wieku, buduar, poduszki, różyczki i inne dyrdymałki, że tak skrótowo i chaotycznie ujmę informacje, zaczerpnięte z różnych źródeł. Przy czym wszyscy piszący mieli do czynienia z moją wersją, jako że poprzednia zniknęła po II wojnie światowej i raczej jest bardzo trudno dostępna w stanie nadającym się do noszenia i wąchania. Z powyższego miszmaszu mózg uczepił się słów: "puder", "piżmo", "szminka", "zapach ludzkiej skóry". Z niecierpliwością oczekiwałam flakonu. Piżmo w perfumach vintage jest moim ulubionym składnikiem, jest naprawdę miękkie, otulające, kremowe.

Nie wiem, jak ująć uczucie, które ogarnęło mnie po pierwszym psiku. Ale może najpierw powiem, co powiedział mi małżonek, bo to on pierwszy rozpakował paczkę, kiedy byłam w pracy i natychmiast do mnie zadzwonił, żeby podzielić się wrażeniami. Nawiasem mówiąc, co najmniej milion razu mówiłam, że nie wolno beze mnie otwierać moich paczek! - oczywiście dlatego, że ja chcę być pierwsza;), ale ma to też znaczenie czysto praktyczne, bo kupuję sporo wintydżów, a one potrafią zdechnąć, jeśli otwiera się je zaraz po przyjeździe. Wielu musi się odstać i uspokoić po podróży (mam specjalny "odstojnik", w którym czeka na swoją chwilę m.in. Mitsouko z 1980 roku w kiepskim póki co stanie), nieraz zajmuję to ponad miesiąc. Ale wracając do rozmowy - pierwszy psik - "ja nic nie czuję, co to za zapach?", drugą paczką było Murasaki Shiseido - "no to może być, taki se" (mąż woli zapachy typu Tabu i Youth Dew).

Mój pierwszy i ostatni psik - morze ostrego współczesnego piżma! W tym morzu pływają malusie wysepki irysa (morderczej syringi tam na pewno nie ma) i dość banalnie wykonany tzw. akord francuski, czyli jaśmin+róża. To wszystko wyczuwam bardziej z domysłu niż z autopsji, bo galaxolide (czy inne tegoż typu piżmo tzw. "białe") nakrywa wszystko grubą pierzyną. Gdybym  miała anosmię na ten składnik - a ma tak ponoć prawie 40% ludzi (w tym mój mąż), to na pewno wyczułabym inne składniki, może nawet dostałabym szminkę;) Niestety, współczesne ostre, drzewno-papierowe, wywołujące kichanie piżma są moim przekleństwem - natychmiast je wyczuwam i zamiast miękkości i przytulności mam uczucie klaustrofobii zamknięta w windzie smrodu pędzącej przez czaszkę i i mózg. Zamiast flanelowej piżamki i ciepłej skóry mam w nosie spraną szmatę do podłogi albo tetrową pieluchę w skrzynce z nieheblowanego drewna.

Peut-Etre dla mnie bynajmniej nie ma "słabego sillage", nie jest "przyskórny", "kojący", wręcz przeciwnie - ma kilometrowy drażniący ogon, jest nieziemsko trwały (na drugi dzień doskonałe wyczuwalny).

Trwa lato, pylą trawy, a ja pożeram w niemożebnych ilościach wszystkie te owoce (pestkowe), na które wskutek alergicznej reakcji krzyżowej jestem uczulona - czyli praktycznie wszystkie, bo nawet truskawka ma pestki, i to o wiele więcej, niż na przykład czereśnia;( Przez to mój węch jest o wiele słabszy, niż w zimie, męczy mnie permanentny katar. Wiele zapachów odbieram słabiej, ale powyższy "przyskórny" i "ledwo wyczuwalny" aromat grzmi na mnie niczym dzwon, co bije, wiadomo "mi"*.

Niestety, werdykt dla mnie jest oczywisty - klasyk został wydany bardzo niechlujnie, i nie wiadomo dla kogo - ci, co mają anosmię piżmową (jakże ja im zazdroszczę!) i ogólnie mniej wyrobione nosy, nic nie czują:(, zaś nie należący do grona wielbicieli aromatyzowanego papieru toaletowego nie mogą znieść tej woni. Chyba że ktoś lubi Kenzo Flower, For Her NR, różne Muscs niszowe i mainstreamowe, to proszę tędy. Ja wysiadam:(

--------

* Dlatego nie pytaj, komu bije dzwon; bije on tobie.

Jonh Donn, Medytacja XVII; motto znanej powieści Hemingwaya.

--------

W tym zestawieniu Murasaki był mi ukojeniem i wynagrodził zielenią, świeżymi pąkami róż i pięknym piżmem zupełnie innej prominencji moje męki. Musi poczekać na występ solo, bo ze splashowej buteleczki najpierw przeleję go w inne, zaopatrzone atomizerem naczynko.

wtorek, 29 maja 2012

Mój flakonik wygląda zupełnie inaczej, tak jakoś dezodorantowo;( Nie mam jeszcze takiej ślicznej flaszeczki, jak na posterze (pobrany z parfumdepub.net - wszystkim miłośnikom starych posterów reklamowych bardzo polecam), ale za to jest to wersja starsza, sprzed magicznych zabiegów odmładzających. Posiadam jeszcze ekstrakt, ale dzisiaj postanowiłam się skropić edt. Założyłam jedwabną sukienkę w kwiatową łączkę, w ręce torebka vintage z lat 50-tych, coby dopełnić obraz...

No i kolejny raz żałuję, że nie nadwerężyłam jednak malutkiego flakonika perfum, bo woda toaletowa jest za ostra, zbyt hiacyntowo-narcyzowa, za mało w niej głębi i za dużo wrzasku. Nie ma w tej wersji w ogóle aldehydów, a bardzo by się tutaj przydały, by zamazać kontury, dodać impresjonizmu;) Narcyz moim  zdaniem wymaga wyjątkowej ostrożności w stosowaniu, gdyż jest gorzko-pudrowy i w tej swojej gorzkości wyjątkowo bezkompromisowy, a z hiacyntem w parze wynosi mózg i kładzie na metalowej półce w prosektorium.

Wersja w perfumach jest bardziej miękko-kwiatowa, aldehydy robią tu swoją dobrą robotę, uczłowieczając to kwiatowe szaleństwo, baza wysładza aromat i go łagodnie utrwala. Edp w ogóle nie próbowałam, i jakoś nie mam ochoty, bo to współczesne przeróbki wyjątkowo źle przysłużyły się właśnie stricte kwiatowym zapachom - na przykład Rive Gauche.

Wczoraj polałam sobie nadgarstek Madame Rochas parfum de toilette - nareszcie ta damulka się odstała po podróży i pachnie "jak człowiek", a już chciałam się jej pozbywać. Trzy miesiące oczekiwania jednak się opłaciły - splashowa buteleczka zawiera płyn w stanie idealnym - co w przypadku tych perfum zdarza się niezwykle rzadko. Madame po różnych zabiegach kokietujących wydała taką tuberozę, że klękajcie narody. Tuberoza z gatunku nie pomarańczowo-śmietankowych, słodkich i przymilnych, lecz pyton, kwiatowy dusiciel, pożeracz powietrza, zwarty i bardzo dominujący. Aldehydy jednak unoszą zapach, krystalizują go, rozrzedzają i nie dają tuberozie ześlizgnąć się w buduarowe duszne klimaty.  Nie znam drugiego aromatu, gdzie istnieje taki tandem aldehydy-tuberoza, taki zdystansowany, chłodny wręcz, lekko mydlany. Niedawno się dowiedziałam, że słynne skądinąd i pięknie pachnące mydło Camay było zrobione na motywach Madame Rochas. Nie pamiętam nuty tuberozy w tym mydle, ale klasa aromatu  na pewno została tam dobrze oddana. Tuberoza z klasą - to zdarza się rzadko! Madame Rochas jest w tej kategorii bezsprzecznym liderem. Infusion de Tubereuse Prady wygląda przy niej bardzo blado:(

wtorek, 08 maja 2012

W ekstrakcie. Spontaniczny i chyba nie dość trafiony wybór;)

Surprise:( AE postanowił postraszyć mnie Soir de Lunem, którego szczerze nie cierpię. Wszystko mi się w nim (SdL) nie podoba: i różyczka niemrawa, i miód pseudogryczany, sztuczny do bólu zębów, i to, że zapach się kwasi i niepokojąco potem zalatuje.

Więc zamiast prawego sierpowego od rumianku, który odstrasza większość potencjalnych użytkowników, dostałam w zęby lekko miodową różą. Perfumeryjna róża z gatunku tych, co je składają przeważnie z puzzli geraniolu z niewielkim  dodatkiem citronelolu, niezbyt przez mnie lubiana, słodycz "miodowa" pochodzi od białego lekarsko pachnącego kwiatka. Dużo aldehydów, unoszących słodką woń i rozszerzających jej sillage. Szypru niet:( Żadnych mchów, korzonków, ziemi. Pewnie dlatego, że to współczesna wersja zapachu, stary był o niebo bardziej szyprowy i mrrroczny, ale się zepsuł:( Mój "świeżaczek" mało tego, że ulizany, maksymalnie ugładzony to jeszcze jak na perfumy ma mizerną trwałość (3 godziny, skandal!).

Idę się zalać;) Tym razem czymś zupełnie z innej półki. [update: wyleczył mą chandrę Parfum d'Hermes ze ślicznej miniaturki (skórzano-aldehydowy szypr), kojąc obrażone zmysły przepiękną różą i jaśminem na podłożu irysowo-hiacyntowym. Wszystko wskazuje, że niechybnie zainwestuję w dużą butlę tego psychotropu].

Niedługo będę miała kolejny produkt marki Clinique - Wrappings, czyli świąteczne papierki po prezentach. Zdobyty "ciężką pracą" - po raz pierwszy użyłam samodzielnie opcji "przelew zagraniczny" w Inteligo, dowiedziałam się co to SWIFT i IBAN, koszmar, jednym słowem;) Czego to nie zrobiłam dla niego, oczekuję po nim niesamowitych fajerwerków, więc się pewnie rozczaruję. Będę wiwisekcja tutaj.

 

sobota, 05 maja 2012

Prawie pól litra szczęścia:)

Od lewej:

Miss Dior w gazowym spray, edt 50 ml;

Edt w splashu, 240 ml, egzemplarz, który jeszcze się nie odstał. Na razie stan bliski opłakanemu. Ufam, że jak się uspokoi, to naciesze się w pełni tą objętością.

Ekstrakt perfum, 30 ml, zakręcana nakrętka, wg mnie lata 90 lub koniec 80-tych, nie ma żadnych kodów. Stan idealny.

Współczesna edt w sprayu, 100 ml, po reformulacji.

Wszystko nabyte nie na groźnym, pioruńsko drogim i czyhającym na nieznającego języków ebay'u, lecz na naszym swojskim Allegro, często od ludzi, którzy nie bardzo wiedzieli, co sprzedają;) Ceny adekwatnie humanitarne.

Temat chomikowania MD nie uważam za zamknięty, ale paląca potrzeba została zaspokojona. Mogę spać spokojnie, śniąc o następnych perełkach za ludzkie pieniądze.

Tagi: miss dior
10:48, lis888 , foto
Link Komentarze (6) »
piątek, 04 maja 2012

Dzisiaj w Chanel 5 eau de parfum, z flakonika splashowego, wiek nieznany (jest kod z X-em, może ktoś będzie wiedział?), najprawdopodobniej lata 90-te. Mam Piątkę w trzech wersjach, tę wybrałam rozmyślnie. Jest ona znacznie gorsza do współczesnej, przemeblowanej prze Polge, "gorącej" Piątki. Bardzo mydlana, kwaśnawa, nudzi cały czas na jedną nutę. Ale właśnie takiej chciałam. Nie chciałam "ghorrących" morelowych róż i upojnego ylangu, tylko zanudstwa różanego mydełka Kamay, bardziej pasowało mi do dzisiejszego porannego ciepełka. Chciałam spokoju bez żadnych ekscesów.

No i go mam:) Od godziny 7.30 do 16.30 siedzi i nie ma zamiaru puścić. Pachnie tak samo - różą i ylangiem, spokojny, zrównoważony zapach bardzo drogiego mydła. Macie dokładnie to, za co zapłaciliście;) (niewiele, okazyjny zakup na Allegro) Zapach aż koi swoją jednostajnością, uspokaja. Podejrzewam, że trochę przedawkowałam w obawie, że znów nic nie usłyszę, ale tego oczywiście nie czuję. Nikt się nie skarży, demonstracyjnie nie marszczy nosa, więc chyba jest ok;)

Zmiana pogody na gorący lipiec w środku wiosny spowodowała u mnie ochotę na kwaśnawe mydlane aldehydy, więc ręka sama się ciągnie do Caleche, Liu Guerlain, Piątki i Piątki Premierowej. Do szczęścia brakuje mi tylko Piątej Chanelki w edt. Pociągnęła się również [ręka] i do White Linen, lecz te przestraszyły mnie nieoczekiwaną nutką indolu i wonią niemytego sedesu.

Zanudził mnie ten zapach, uczepił się jak rzep psiego ogona, przez co nie mogę zmienić go na nowoprzybyłą 30-tkę Miss Dior w perfumach, [tutaj jej zdjęcie ściągnięte z aukcji]:

[mnie mogłam się nie pochwalić] że jutro najprawdopodobniej będzie 100% w tył zwrot, aldehydy won, i... na czym oko się zawiesi?

Miss Dior na pewno jeszcze długo poczeka swej premiery, bo jest w niełasce - nadal pachnie mi okropnie, choć uczciwie mogę powiedzieć, że nuty nie są bite na pierwszy niuch, nawet spirytus nie jest zjełczały, więc hura hura!!! Nie musi nawet odstać swoje po podróży, która zazwyczaj mocno perfumom vintage nie służy (jeden nawet umarł w moich rękach). Jutro wyłożę zdjęcie klasowe moich Missek, pochwalę się nimi, bo jedna piękniejsza od drugiej - inaczej pęknę z dumy;)

czwartek, 03 maja 2012

Alergia kwitnie w najlepsze, dostarczając mi coraz to nowszych "przyjemności" w postaci opryszczki, zapalenia spojówek, przewlekłego kataru i swędzących oczu (po trosze sama sobie jestem winna, bo  nie mogę powstrzymać się od jedzenia jabłek, co w moim stanie równa się samobójstwu na raty).

Widzę światełko w tunelu - zapachy powoli, małymi kroczkami wracają. Wczoraj spędziłam bardzo miły dzień w doskonałym towarzystwie Caleche edt, która mimo niskiej koncentracji jest bardzo trwała i trzymała się na mnie ponad 7 godzin. Więcej nie lubię - bo wtedy zapach już zaczyna przynudzać. Wszystkie ponaddobowe kilery z lekka mnie przerażają swoją trwałością, a raczej bym powiedziała natręctwem.

Piękna karoca ( z fr. caleche - kareta, kolaska) ze stajni Hermes wskutek mojej częściowej anosmii obficie zdobiła moją niewąską kibić, za co wszystkich współpodróżujących komunikacją miejską m.st. Warszawy w tym miejscu serdecznie przepraszam - inaczej bym tej pani nie usłyszała. I tak się cieszę, że nie pokazała mi swojej ciemnej strony, odwracając się do mnie na przykład szarym mydłem, czy stęchłą brudną szmatą.

Wobec powyższego idę zainaugurować leniwy dzień słodkiego prawie-nicnierobienia czymś kilerowato-słodkim. Cuir Lancome czy Opium? A może L'Heure Bleue (współczesny jest bardzo cukierniowy)? Fendi?

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

... bo alergia w końcu mnie dopadła:( Cztery lata intensywnego odczulania zrobiły dla poprawy mojego stanu wiele, ale w piku alergii na pyłki leszczyny nawet mój nos poległ. Pyłki leszczynowe są dla mnie najbardziej agresywne, olcha i brzoza nie czynią takiego spustoszenia w moim powonieniu i reakcjach skórnych. Nie powiem, że nic nie czuję, ale znaczenie słabiej, a co najgorsze - zapachy w moim odczuciu bardzo się zmieniły, zbrzydły. Stało się to z dnia na dzień. Jeszcze 3 dni temu powonienie miałam doskonałe, a od przedwczoraj nie mogę wąchać mojej najulubieńszej Miss Dior! Jest okropna, śmierdzi starą szmatą, Chanel nr 5 Eau Premiere w ogóle istnieje tylko na włosach i to w postaci kisielu cytrynowego, White Linen walą mi indolem i toaletą miejską.

Oczywistym jest, że w takim stanie nie mogę rzetelnie opisywać żadnych zapachów, może poza Cuir Lancome, który jako jedyny ratuje mnie z opresji. Czuje go mocno, jest absolutnie piękny, i tylko nad jednym się zastanawiam - a jak mi to zostanie? Moje ukochane szypry i aldehydy będę musiała wyrzucić, stanę się wielbicielką kompocików? Na razie ich też nie czuję;)

czwartek, 26 kwietnia 2012

Dwa spotkania perfumeryjne - dużo wąchania, gadania o zapachach, dzielenia się nowymi fascynacjami. Z mojej strony dużo zamęczania innych moimi prywatnymi bzikami;)

Zostałam obdarowana albo napożyczałam całą masę próbek, miniaturek, odlewek - za co ogromnie dziękuję Odarpi i JustynaNeyman!

Śmierdziel wszechczasów w mojej prywatnej klasyfikacji, czyli "arcydzieło" Sofii Grojsman Nude Billa Blassa przez specjalistkę od chloru basenowego w perfumach został totalnie zdeklasowany do po prostu śmierdziela, bez prawa straszenia dworcową toaletą;( Ja jednak upieram się przy swoim - dla mnie to upojna woń WC na Dworcu Wschodnim w Warszawie we wczesnych latach 90-tych, przełamana zapachem krytego basenu przy Inflanckiej. Wszystkim zainteresowanym tymi unikatowymi perfumami mogę służyć próbką i wiem, gdzie można zdobyć więcej:)

Mój czarny koń, czyli obłędny skórzany szypr Jacomo Chicane nie został przez nikogo doceniony, wobec czego obiecuję, że w możliwie najkrótszym czasie rozsławię go na łamach tego bloga. Będzie dużo szczenięcych zachwytów.

Razem z Justyną i Gustawem zrobiliśmy nalot dywanowy na Superpharm w Złotych Tarasach, wskutek czego Jabłuszko Lolity Lempickiej już cieszy właścicielkę i miłośnika ładnych flakoników:) Wąchałyśmy mnóstwo Escad, pewnie pierwszy i ostatni raz w naszych życiach. Wiosna, człowiek w awitaminozie chce lekkich soczyście owocowych aromatów;)

Z Odarpi odkryłyśmy niezapomniany aromat końskiego moczu So french (dostępny w Sephorze) - na blotterze siuśki konia żyją po dziś dzień. Piramida o tym składniku wstydliwie milczy;(

Moja nowa miłość - Parfum d'Hermes - przepiękny skórzany szypr (z tych z linii irysowej), rozpoczyna się mocnym, ostrym uderzeniem hiacyntu, potem mnóstwo skóry i róży, na blotterze bliźniak - Chicane, na skórze - bardziej miękki, mniej szyprowy, więcej aldehydów, które unoszą aromat. Wysoko na wishliście.

Testowałyśmy z Odarpi różne Cabochardy - w sumie trzy: współczesna edt, edt z lat 70-tych w gazowym sprayu, miniaturka edt z lat 90-tych (?). Szkoda, że perfumy w miniaturce doszły do mnie dopiero po spotkaniu, byłyby ciekawym dopełnieniem naszych testów. Werdykt jednoznaczny - starsze roczniki są bardziej ludzkie! Miękki, nieostry, niewrzeszczący zapach, przyskórny, otulający - tak, Cabochard potrafi być otulający i bardzo, ale to bardzo kobiecy! Szukajcie starszych roczników - od siebie dodam - najlepiej w perfumach - mniej kumaryny, a więcej zieleni i cierpkiej słodyczy, mech bardzo ładny, ogólnie perfumy mają większą gamę i głębię. Współczesny Cabochard jest wg mnie dedykowany raczej panom. Męska skóra jako bardziej tłusta i gorąca, lepiej zaciera wszelkie ostrości i kanty, uwypukla pożądaną dla "prawdziwego mężczyzny" nutkę tytoniu i skóry. Polecam gorąco na równi z klasycznym Aramisem - niemalże bracia bliźniacy, z tego samego ojca zresztą (Bernard Chant), który oprócz wyżej wymienionych miał inne niezwykle dzieci: Aramis Devine, Aramis 900, Aromatics Elixir, Estee dla Estee Lauder.

Testowałyśmy także Miss Balmain z różnych roczników - tu tylko dwa - edt z przypuszczalnie lat 70-tych w gazowym sprayu i współczesna edt. Tutaj różnica była jeszcze bardziej rażąca, niż w poprzednim przypadku. Otóż Miss B. z czasów tuz po rewolucji seksualnej jest bardzo skórzano-piżmowa (pewnie tzw. nitropiżma), niezwykle kobieca, z rodziny skórzanych szyprów, bliska Cabochardowi i Azuree, ale bardziej irysowa, ma więcej mchu od nich. Współczesna pachnie tylko słodkim tytoniem czy tabaką (na mnie, Justyna czuje raczej mokrego peta), czyli kumaryną w niemalże czystej postaci:( Nie ma irysów ani innych kwiatów; mech, czyli najprawdopodobniej evernil słabiutko wyczuwalny, możliwe, że nakryła go grubą kołdrą kumaryna. Miss Balmain we współczesnej wersji jest prymitywna i żeruje na legendzie Germaine Cellier (autorka Miss B - 1967), która w grobie się pewnie przewraca:(

Dostałam od Odarpi flaszeczkę z czystym cashmeranem (syntetyk, mający udawać drewno kaszmirowe - nareszcie wiem, co zacz), który pachnie mokrym spleśniałym drewnem i paczulami, i coś mi świta, że w różnych tzw. drzewnych aromatach już mi dzwonił. Tak na szybko stawiam na nielubiane Perles od Lalique, które ma i drewienka jakoweś (80% Iso E Super), i paczule łzawiące oczy.

Mnóstwo próbek od Odarpi na razie leży odłogiem, lecz niektóre podsumuję w telegraficznym skrócie:

Essence Eau de Musc Narciso Rodriguez - wynosi "musk" poprzez dziurę w czaszce wielkości pięści. Migrena gwarantowana. Absolutnie nie dla tych, którzy wyczuwają obrzydliwe współczesne sztuczne piżma. Mój pachnący papier toaletowy śmierdzi identycznie, bardziej intensywnie, a kosztuje 50 groszy za rolkę. Straszne! Dla miłośników "seksualnych [flanelowych] piż[a]m". Konieczna częściowa anosmia.

For Her edp tej że marki. "Musk" już poza czaszka, ale boli dużo gorzej:( Ludzie!!!! Tego się nie da wąchać! Koszmar w czystej postaci, gazowy atak, wyszukana tortura, która jako żywo przypomina mi epizod z "1984" Orwella z klatką szczurów, które miały wyjadać mózg głównemu bohaterowi. On do wszystkiego się przyznał, jak tylko ich zobaczył. Ja też - zdam wszystkie mety i hasła, powiem, gdzie są tanio najlepsze vintage, tylko zlitujcie się, zabierzcie to ode mnie! Kupować najgorszym wrogom, koleżance w pracy, której życzysz szybkiego zwolnienia, molestującemu szefowi, bogatej cioci/babci, która nie chcę przejść do lepszego świata. Skuteczność natychmiastowa.

Coudray Musc et Fresia. Żeby już zakończyć na dobre temat "seksualnych" piżm i nigdy więcej do niego nie wracać:( Wszystko to co powyżej, bardziej człekolubne, ale nadal papier toaletowy zapachowy produkcji Auchan się kłania. Jakieś owocki kompocikowe, osmantusik, czyli jeszcze więcej owocków i w bazie "białe piżma", czyli piżamy dla tych z anosmią, a dla mnie wiertło doczaszkowe udarowe.

Shaal Nur Etro. Oswojony Orient dla "białych człowieków". Dużo drewien, wetywer na początku, szybko wpadający w objęcia cashmeranu;) Tak, teraz wiem, kto albo raczej co za tym stoi;) W chórkach owocki, kolendra (gdzieże bez niej), bardzo delikatne kadzidło. Doskonały niskobudżetowy produkt dla tych, co chcą mieć aromat do pracy, którym nikogo nie uduszą, i pozostać przy tym w mainstreamie niszowym. Taki lepszy Must Cartiera;)

Jasmine White Moss Estee Lauder Private Collection. Dużo jaśminu i galbanum, wyczuwam również hiacynt, nie zgłoszony w nutach. Dość prymitywny szyperek ("biały mech" pewnie z tegoż mitu, co i "białe piżmo"), bardzo monotonny. Bite trzy godziny pachnie tak samo, pod koniec znacznie ciszej (nareszcie!). Dla tych, którzy lubią białokwiatowe szaleństwo przełamane mokrą zielenią. Za co te pieniądze (300 euro), pytam się retorycznie? Gdyby to kosztowało 10 razy mniej, to byłoby mniej pretensji i patosu, bardziej adekwatnie, słowo daję.

La Perla La Perla. Prosty, przytulny, spokojny, bardzo przyjemny kwiatowo-aromatyczny szypr. Porównywany do Palomy Palomy Picasso, ale kolory dużo bardziej stonowane - raczej sepia. Nie ma szalejącej tuberozy w miodzie, nuklearnej róży, jest trochę owoców, trochę kwiatów, trochę miodu. Nawet kolendra nie jest natrętna - tu mogę ją czuć i nie ma żadnego ale z mojej strony;) Wszystko na swoim miejscu, ładnie zmiksowane, bezpretensjonalne, porządnie zrobione. Zapach się rozwija, jest jakiś, widać konstrukcję, ręce i nogi, sens i urodę niebanalną. Czegóż chcieć więcej za takie pieniądze? Dla miłośników szyprów (podgatunek miodowo-kwiatowy odmiana naturalna, nie mylić ze sztucznym miodem gryczanym Soir de Lune) lektura nieobowiązkowa, ale przyjemna. O stopień wyżej, niż poprzednia pozycja.

Kilka próbek przeszło do rąk moich córek, więc nie będzie nic na temat Casmira Choparda (można po prostu otworzyć paczkę aromatyzatora do piernika albo przejechać koło Polleny Aromy na warszawskich Płudach po południu), Laury Rosee, w tym innym jakimś owocowym zapaszku o błękitnej (sic) barwie.

Dziękuję za uwagę, dalszy ciąg nastąpi.

Specjalne podziękowania dla Justyny Neyman i Odarpi za materiał dla testów i cierpliwość, z także za użyczenie własnego nosa i porady eksperckie.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Dzisiaj pierwsze wielkie wyjście w tym zapachu. Nie, nie do opery, po prostu dużo tego na siebie wylałam;)

Kilka spostrzeżeń na gorąco - coś mi w nim niestety nie brzmi, ma jakąś bardzo fałszywą nutę, tym bardziej zauważalną, bo generalnie zapach ma możliwości i zgłasza duże ambicje i pretensje do bycia zniewalającym zielonym szyprem, tylko po drodze coś mu nie wychodzi. Jakiś paskudek czai się za piękną fasadą, coś podskórnie czuję, że mógł mieć rację Luca Turin z tą swoją "pałą" dla EdS:( Zastanawiam się, co obwiniać o fałsz - składniki czy zgrzyt kompozycji?

Tu musi być więcej testów, bo zapach ma tendencję chowania się w cień i udawania, że go wcale nie ma:( Przy czym tylko mnie tak traktuje, bo inni go słyszą dobrze i nawet narzekają, że jest duszący <mąż>. Niech MNIE zadusi! Tyle go na siebie wylałam, i to dwa razy w ciągu dnia, wybrałam dla wyprowadzenia na spacer idealną dla szyprów pogodę - deszcz, a on jak mi się odpłacił, wypiął się na mnie bezczelnie.

Oto jaki śmiały poster udało mi się znaleźć do tego zapachu (1932). Więcej posterów można znaleźć tu. Trzeba szukać według firmy, potem według poszczególnych zapachów.

Zapach stworzony przez Jeana Carlesa, autora takich arcydzieł, jak Miss Dior, Ma Griffe, Shociking i Indiscret.

Biorąc pod uwagę rok stworzenia, nie tylko post jest nadzwyczajnie obrazoburczy i kontrowersyjny, ale sam zapach w pełni mu dorównuje. Nie boję się użyć tutaj słowa-wytrychu - "zmysłowy", gdyż w tym wypadku doskonale ono pasuje, mamy tu wszystkie składniki typowo "zmysłowe" i "orientalne": ylang, przyprawy, goździk, cyweta, ambra, benzoin.

Zapach nie jest ładny w potocznym znaczeniu tego słowa. Już na początku narzuca się nosowi bukietem przypraw - kolendra i goździk, jakieś inne przyprawy zaznaczone osobno w spisie nut. Cyweta daje charakterystyczną cielesną nutkę (eufemizm na zapach świeżego potu). Świdrujące przyprawy, pot, ostry wetywer, piwniczny zapach mchu - brzmi jak przepis z księgi jakieś leśnej czarownicy z izby na kurzej stópce. Na pewno obecność przypraw nie nadaje zapachowi charakteru spożywczego, nie ma tu niesprzątniętej szafki kuchennej (vide Kingdom McQueen). Więcej, są one tak umiejętnie zmiksowane, że mamy wrażenie, że właśnie tak ma być - wszystko jest na swoim miejscu, każda nutka ma sens i głos w wyjątkowo zgranej orkiestrze.

Mimo że to woda kolońska, zapach jest dobrze wyczuwalny przez ponad 4 godziny, co najmniej przez 3,5 godziny zostawia w pomieszczeniu ogon. Bezsprzecznie jest piramidozaurem - cały czas się rozwija, nie wykłada wszystkich kart od razu, zaskakuje, zmienia się, i to nie tylko po 30 minutach od aplikacji.

Ja mam gorącą skórę, która zazwyczaj skraca nuty górne do minimum, tak jest i w tym przypadku. Jeśli była jakaś bergamotka i pomarańcza, to je niniejszym pozdrawiam i przepraszam, że nie zdążyłam się przywitać, tak szybko zniknęły (trzeba wziąć poprawkę, że testowałam starą miniaturkę, i możliwe jest, że górne nuty po prostu się popsuły).

Nuty serca też trwają jakieś 3 maksymalnie do czterech godzin, powoli przyprawy cichną, odchodzą - pierwsza kolendra, na samym końcu goździk, i zostaje bardzo ładna baza. Dużo benzoinu, ambretty, sandału; cyweta, mająca przede wszystkim podkreślać nuty środkowe, też się ulatnia grzecznie po jakiś 3 godzinach. Klasykę jednak przełamuje mech dębowy, bardzo dobrze wyczuwalny aż do końca, który znika dopiero razem z nutami dolnymi.

Powtórzę się: Tabu nie jest ładnym zapachem, bo nie taki był jego zamysł, idea. Miał prowokować, oburzać. Przesłanie jest dopracowane w każdym szczególe: od nazwy poprzez reklamę po sam zapach. Wzbudza emocje, nie pozostawia obojętnym, a to wiele znaczy. Nie musimy go lubić (i zapewne nie wszystkim będzie się podobać), ale szacunek z całą pewnością mu się należy.

Rok 1932 - rok powstania zapachu. Jaki Orient był wtedy popularny? Shalimar, Mitsouko - zapachy o zupełnie innej konstrukcji i składnikach, słowo Orient tu miało raczej zastosowanie czysto reklamowe, aniżeli "merytoryczne". W kategorii "zapachu orientalnego" w onaszym obecnym rozumieniu mógł z nim konkurować jedynie L'Origan Coty, i może jeszcze Poivre Carona. Jeszcze świat nie poczuł ani Youth Dew (1952), ani Cinnabar (1978), ani Opium (1977), nie było Samsary (1989). Szał na bezwstydne wonie obezwładniające zmysły jeszcze nie nadszedł.

Ten zapach to starsza siostra Youth Dew, może mniej ładna, ale za to z jakim czystym profilem!

Za możliwość przetestowania Tabu dziękuję Katwie.

sobota, 21 kwietnia 2012

Właśnie padł ostatni bastion mego "poprzedniego" ja olfaktorycznego - odpłynęły w siną dal do szczęśliwych nabywców - Angel Muglera i Loukhoum Mecheri. Z moich poprzednich wcieleń zostawiłam na pamiątkę malutką odlewkę Poeme, żeby mnie przerażała i zawstydzała;)

W mojej kolekcji nie ma już nic na temat jedzenia, żadnych produktów cukropochodnych. Odchudzam się zapachowo;) zamiast w rzeczywistości - tu brakuje mi motywacji.

Robię coraz bardzie monotematyczna - szypry i aldehydy, z nielicznymi wyjątkami, i dobrze mi z tym. Za uzyskaną kasę nabyłam właśnie (czym prędzej!) Bandita - niestety w wersji współczesnej, bo vintage na razie (oby) jest poza zasięgiem mojego portfela, duże ilości Miss Dior w wersji sprzed reformulacji - wiadro 240 ml edt we flakonie w pepitkę i 50-tka edt we flakonie z podłużnymi żłobieniami. Jak przylecą - wystawie je tutaj do pochwalenia się:)

Miss Dior (przypominam, że mowa o tej klasycznej, z 1947 roku) jako signature scent będzie musiała posunąć się i zrobić miejsce Jacomo Chicane (1971, autor nieznany). Nie szukajcie tego zapachu na fragrantice, jego tam nie ma:( Na basenotes jedna recenzja, absolutnie nie miarodajna. Ciekawą recenzję napisała Paloma na swoim blogu, - ona właśnie zainspirowała mnie do zainwestowania najpierw w miniaturkę edt, a potem w wielka butlę perfum. Jeszcze nie jestem w stanie ochłonąć z zachwytu, żeby się nie jąkać i nie prawic zakochanych andronów, później na spokojnie wyduszę z siebie coś ponad dźwięki nieartykułowane, bliskie jękom orgazmicznym;) Powiem na zachętę, że jest to różano-skórzany - a jakże! szypr, który wciągam jak narkoman działkę.

Garść moich ostatnich zaskoczeń zapachowych (dzięki, Katwo!):

że Jicky Guerlain edt jest słodkie (i nietrwałe),

że Youth Dew najlepsze jest na męskiej skórze (niestety) - wyłania mi się obraz Araba, właściciela co najmniej jednego odwiertu z ropą, w arafatce, białej tunice do ziemi  i z Piagetem na ręku;)

że Tabu Dana (wkrótce więcej) pachnie pięknym mchem dębowym (naturalnym! - przynajmniej z próbki kt. posiadam) już na otwarciu i mimo morderczej dawki cywety jest wartym zainteresowania zapachem.

że istnieje zapach imitujący chlor basenowy zmieszany-nie wstrząśnięty (wstrząśnięta za to jest osoba wąchająca) z lakierem do włosów i domestosem:( Więcej wrażeń po niedzieli, kiedy to potwór zostanie zaprezentowany największej krajowej specjalistce od chloru w perfumach i zostanie poddany badaniom organoleptycznym, podczas których ani jedno zwierzę nie ucierpi.

 

niedziela, 01 kwietnia 2012

czyli na temat tego, co kryje się nieraz pod wdzięczną nazwą nuty zapachowej w perfumach.

Ponownie podpieram się tutaj moją ulubioną lekturą do poduszki, czyli "Podstawy Perfumerii". Otóż w rozdziale 14. pt. Perfumiarze. Tworzenie kompozycji zapachowych autorzy przytaczają kilkanaście przepisów na moje ulubione danie perfumeryjne, czyli różę. Jeden z nich w sposób szczególny skłonił mnie do rozmyślań na temat stosunku nazwy do zawartości, aromatów identycznych naturalnym oraz sensu  produkowania romantycznych i wzniosłych recenzji na temat perfum. Osądźcie sami:

Standardowa mieszanka perfumeryjna "Róża-Edu", kompozycja przeznaczona do szkolenia perfumiarzy stypendystów UNIDO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Rozwoju Przemysłowego). Opuszczam tu procentowe zawartości składników.

Nuta górna (składająca się wyłącznie w syntetyków): cytronellol, alkohol fenyloetylowy, geraniol, nerol, metyloeugenol, tlenek różany, beta-damascenon.

Nuta środkowa: olejek geranium (naturalny), octan cedrylu, heliotropina, cynamonian etylu, octan cynamylu, izomaślan fenyloetylu, ylang oliffac (syntetyczny).

Nuta dolna: fenylooctan fenyloetylu, galaxolide, hydroksycytronellal, benzoe Siam resinoid (naturalny), aldehyd fenylooctowy, civet Z synth. 10%, styrax resinoid (naturalny), tonka resinoid (naturalny), glikol dwupropylenowy.

Baza "Bulgarose" (wyłącznie składniki syntetyczne): cytronellol, alkohol fenyloetylowy, geraniol, nerol, metyloeugenol, tlenek różany, beta-damascenon.

I tyle w temacie różanych pąków, kropli wody, powoli zsuwającej się po ledwo rozwiniętym jedwabistym płatku, soczystego zapachu róży herbacianej, kręcącym w nosie i innych temu podobnych określeniach mniej lub bardziej poetyckich i cokolwiek nieprecyzyjnych.

Postindustrialne recenzje być może powinny brzmieć tak:

"świszczące w oparach fenylooctanu fenyloetylu beta-damascony mroczno opadają na podłoże z glikolu dwupropylenowego. Dlaczego nie trzypropylenowego? Może w tym kryje się sekret mistrza niespotykanych dotąd interpretacji galaxolidu i aldehydu C-11? Albo w oryginalnym potraktowaniu powierzchownie banalnego połączenia linalolu z geraniolem, czy też winna temu jest nieoczekiwana szczypta octanu benzylu?... "

Na razie wystarczy obcowania z literaturą przedmiotu, następny wpis będzie wreszcie na temat współbrzmiący z podtytułem blogu.

Dzisiaj w zmaganiach z maślanami, mrówczanami i oparami alkoholu beta-fenyloetyolowego wspierała mnie Miss Dior - zreformulowana wersja sprzed przydomka Cherie.

przecudnej urody plastikowo-szmaciane różyczki ze strony bazarek.pl

sobota, 31 marca 2012
Wyszukane na laparfumerie.org. Wybór i tłumaczenie własne.
Odznaki prawdziwego perfumaniaka. Jesteś nim, jeśli
1. W Twojej torbie zawsze znajdzie się coś do polania nadgarstków, łokci i kolan bliźniego.
2. Zawsze masz przy sobie puste atomizery. Wychodząc z domu, nigdy nie wiesz, co Ci skapnie.
3. Wyjeżdżając na urlop, jako pierwsze kładziesz do walizki flakony – po dwa na każdy dzień, dwa na zapas i paczuszkę próbek do testów. W zasadzie nie wiesz, o co chodzi z tym urlopem – szkoda rozstawać się z szafką z perfumami.
4. Jeśli flakony wypadają Ci z szafki, kupujesz nową. To juz trzecia, ale się nie skarżysz.
5. Nie wierzysz w podróbki i nigdy ich nie spotykasz. To, czego szukasz, nikt nie podrabia, a tego, co się podrabia, nie chcesz za darmo.
6. Konsultantów w perfumeriach traktujesz ze zdziwieniem. Menadżerów marek – z rozdrażnieniem. Reklamę producenta – z nienawiścią.
7. W odpowiedzi na prośbę doradzić najbardziej seksualne perfumy dla dwudziestoletniej blondynki, znak horoskopu – Panna, możesz kogoś niechcący obrazić.
8. Tak, w testerze jest ten sam płyn, co w zwykłym flakonie. Zmęczyło Cię już to pytanie.
9. Perfumy mogą być przechowywane o wiele dłużej, niż tego chcą producenci. Masz kilka flakonów z czasów I wojny światowej i one jeszcze są całkiem całkiem.
10. Jesteś absolutnie przekonany, że kiedyś wszystko było lepsze. Przez ostatnie dwadzieścia lat perfumeria stacza się po równej pochyłej.
11. Nie możesz przypomnieć, kiedy nosiłeś te same perfumy dwa dni pod rząd.
12. Zauważasz, które perfumy nie podobają się Twojemu kotu.
13. Wiesz, co to jest szypr i fougere.
14. Masz nadwerężone stawy łokciowe od nieustającego podnoszenia nadgarstków do nosa.
15. O 3 nad ranem możesz nazwać przynajmniej 6 marek perfumeryjnych, nieznanych nikomu z Twoich znajomych.
16. 20 flakonów to dla Ciebie zdecydowanie za mało.
17. Wybierając szampon, zastanawiasz się, czy pachnie szyprowo, kwiatowo czy piżmowo.
18. Znasz nowości wcześniej, niż pojawiają się (o ile) w perfumerii.
19. Twoja wiszlista jest całkowicie zajęta przez niedostępne w sprzedaży aromaty.
20. Członkowie Twojej rodziny nie wiedzą dokładnie, ile masz flakonów. Na pytanie „ile?”– odpowiadasz – „tylko trochę”.
21. Wiesz, jakich perfum używa Twój szef, nie pytając go o tym.
22. Szukasz zawsze dezodorantów bezzapachowych.
23. Zaczynasz dzień buszując na blogach perfumowych, kilku forach o perfumach i na Allegro i /lub Ebay.
24. Możesz kupić perfumy dla flaszki.
25. Codziennie szukasz usprawiedliwienia dla swojego hobby, ale i tak nic do głowy Ci nie przychodzi.
26. Oglądając film, wypatrujesz perfum na komodzie głównej bohaterki.
27. Wąchając kwiaty, szukasz w głowie perfum, w których ich użyto.
28. W gościach próbujesz myszkować w łazience za perfumami właścicieli.
29. Najstraszniejszą chorobą po raku i AIDS dla Ciebie jest katar.
30. Nie ma złej pogody. Śnieg w lipcu to dla Ciebie jeszcze jedna okazja do założenia Winter Delice od Guerlain.
31. Odróżniasz czerwoną róże od białej w zapachu. Przynajmniej próbujesz.
32. W odpowiedzi na pytanie, czym pachniesz, wygłaszasz piętnastominutowy referat na temat historii marki, składników i horroru kolejnej reformulacji.
 

Interesujący i ważny artykuł Wiedźmy z Podgórza o syndromie szkolholmskim i patriarchacie:

http://pracownia-alchemiczna.blogspot.com/2012/03/zadanie-domowe.html#comment-form

Najpierw garść suchych informacji, które w całości zaczerpnęłam z książki "Podstawy perfumerii" autorstwa W. Burda i I. Konopackiej:

IFRA - International Frangrance Association (Międzynarodowe Stowarzyszenie Substancji Zapachowych). Utworzone zostało w w 1973 roku w Genewie przez producentów substancji zapachowych. Celem IFRA jest tworzenie reguł i zasad produkcji i stosowania substancji zapachowych. Stowarzyszenie wydaje "Wskazówki" zwane często "Standardami IFRA". Dotyczą one wyłącznie bezpieczeństwa stosowania substancji zapachowych i nie są normami jakościowymi, obejmują natomiast "dobre praktyki produkcyjne". Zespoły ekspertów IFRA  zbierają i analizują wszystkie dostępne, publikowane i niepublikowane informacje o substancjach zapachowych i na tej podstawie formułują "Wskazówki".

Naturalne surowce zapachowe, które stosowanie w kompozycjach zapachowych do kosmetyków, jest zakazane wg Wskazówek IFRA:

Kalafonia,

surowe dziegcie brzozowe,

absolut herbaty,

olejek komosy piżmowej,

olejek z kory massoia,

absolut liści figowych,

olejek korzenia elecapmane,

olejek cade surowy,

olejek savinowy,

olejek werweny cytrynowej,

żywica styraksu surowa,

olejek melisowy,

balsam peru,

olejek kostusowy,

olejek santolinowy.

Naturalne surowce zapachowe, których stosowanie w kompozycjach zapachowych do kosmetyków jest wg Wskazówek IFRA ograniczone (co do ilości składnika lub sposobu jego ekstrakcji):

olejek z korzenia arcydzięgla (fototoksyczny),

olejek tatarakowy,

dziegieć brzozowy,

nagietkowy (fototoksyczny),

kasjowy, cynamonowy z kory; limetkowy wyciskany, z gorzkiej pomarańczy, bergamotowy, cytrynowy wyciskany, mandarynkowy z liści, grapefruitowy wyciskany, cytrusowe, olejki zawierające limonen (fototoksyczne);

ekstrakt opoponaksu,

kuminowy (fototoksyczny);

ekstrakty mchu dębowego,

ekstraktu styraksu,

absolut werweny cytrynowej,

ekstrakt balsamu peru,

olejek rutowy,

ekstrakty mchu drzewnego,

acetylowany olejek wetywerowy.

Jest także przedstawiona olbrzymia lista substancji syntetycznych, którą z powodu długości tu pomijam i odsyłam zainteresowanych do strony IFRA ifraorg.org.

Następny interesujący cytat:

Istotnym ograniczeniem wprowadzonym 23 lutego 2003 roku jest tak zwana 7 poprawka do dyrektywy kosmetycznej (dyr. 2003/15/EC Parlamentu Europejskiego). Odnosi się ona do 26 substancji zapachowych, które w oparciu o badania dermatologiczne (ich wiarygodność i była i jest kwestionowana) zostały przez Komitet Naukowy Kosmetyków i Produktów Nieżywnościowych (SCCNFP) uznane za takie, które mogą powodować reakcje alergiczne u osób wrażliwych na substancje zapachowe i w związku z tym zachodzi potrzeba ograniczenia sich stosowania lub wprowadzenie pewnych warunków dotyczących oznakowania wyrobów z tymi składnikami. Składniki te zostały dołączone do Załącznika III do dyrektywy 76/768/EEC, a także do załącznika do polskiej ustawy o kosmetykach. Te substancje to:

Amyl cinnamal (zapach, przypominający jaśmin),

Amylcinnamyl alcohol (udaje hiacynt),

Anisyl alcohol (zapach anyżku),

Benzyl alcohol (substancja o lekko słodkawym, delikatnym, migdałowym zapachu - za wizaz.pl),

Benzyl benzoate (benzoesan benzylu),

Benzyl cinnamate (składnik kompozycji miodowej, ananasowej i jagodowej. Wykorzystywany do produkcji ambry syntetycznej - wg kosmopedia.org),

Benzyl salicylate (składnik pochodzenia naturalnego - olejek eteryczny z goździka - wg. zdrowe-kosmetyki.pl),

2-(4-tert-Butylbenzyl)-propionaldehyde (aldehyd imitujący zapach konwalii),

Cinnamal (imituje zapach jaśminu),

Cinnamyl alcohol (imituje hiacynt),

Citral (aromat cytrusowy),

Citronellol (imituje zapach róży i geranium),

Coumarin (imituje zapach świeżego siana),

Eugenol (składnik pochodzenia naturalnego o zapachu goździków),

Farnesol (o zapachu konwalii),

Geraniol (imituje różę - wyciąg z geranium),

Hexyl Cinnamylaldehyde (imituje zapach jaśminu),

Hydroxycitronellal (konwalia),

Hydroxymethylpentylcycloxene carboxaldehyde (zapach liliowy, fiołkowy),

Isoeugenol (imituje zapach goździków),

d-Limonene (zapach cytryny),

Linalol (składnik naturalny, podobny do zapachu konwalii),

Methyl heptine carbonate (imituje zapach soczystych owoców),

3-Methyl-4-(2,6,6-trimethyl-2-cyclohexen-1-yl)-3-buten-2-one (imituje zapach irysów lub fiołków),

Oak moss extract (ekstrakt mchu dębowego),

Treemoss extract (ekstrakt mchu drzewnego).

Poprawka do dyrektywy w zasadzie nie ogranicza stosowania tych substancji. Ma ona na celu zapewnienie użytkownikom wyrobów zawierających te składniki właściwej informacji i możliwości unikania produktów, których nie tolerują. Zgodnie z tą poprawką, jeżeli zawartość któregoś z tych składników przekracza 0,001% w produktach pozostających na skórze, to składniki te muszą być wymienione w obowiązkowych spisie składników na etykiecie.

Składniki objęte 7 poprawka występują w kompozycjach zapachowych jako syntetyki, ale także jako składniki olejków eterycznych. (...)Wynikiem wdrożenia tego przepisu z jednej strony jest rozszerzenie listy składników na etykiecie, a z drugiej nacisk producentów wyrobów na dostawców kompozycji, aby unikali stosowania objętych 7 poprawką składników. w większości przypadków jest to nie możliwe, ponieważ eliminacja, umieszczonych na liście potencjalnych alergenów, takich jak limonen, cytral,m linalol, eugenol, izoeugenol, alkohol benzylowy itd., wymagałoby rezygnacji ze stosowania takich olejków jak cytrusowe, lawendowe, różany i wiele innych, bez których stworzenie dobrej kompozycji jest niemożliwe.

Dla przykładu potencjalne alergeny występujące w Chanel no 5 (wg przybliżonej receptury, przy założeniu 20% zawartości kompozycji w perfumach) to:

Oak moss extract 0,1%

Linalol 3,4% (+ ex. olejek różany, olejek ylangowy)

Coumarin 1,6%

Geraniol 1,5% (+ ex. olejek różany, olejek ylangowy)

Hydroxycitronellol 1,2%

Eugenol 0,4% (+ ex. olejek różany)

Cinnamyl alcohol 0,3% (ex. styraksu rezynoid)

Citronellol 0,1% (ex. olejek różany)

Limonene 0,07% (ex. ol. cytrynowy)

Benzyl benzoate 0,01% (ex. olejek ylangowy)

Oznacza to, że skład wg INCI (Międzynarodowe Nazewnictwo Składników Kosmetyków) na etykiecie tych perfum powinien wyglądać następująco:

Alcohol, Aqua, Parfum, Linalool, Coumarin, Geraniol, Hydroxycitronellol, Oak Moss Extract, Eugenol, Cinnamyl alcohol, Citronellol, Limonene, Benzyl benzoate.

Warto jeszcze raz podkreślić, że objęte 7 poprawką, substancje nie są alergenami, a tylko mogą nimi być w konkretnych przypadkach osób uczulonych na substancje zapachowe. Nieporozumieniem jest używanie w stosunku do tych substancji określenia "alergeny" zamiast prawidłowego "potencjalne alergeny".

Tyle tytułem suchych faktów. Wnioski nasuwają się same. Pozwólcie, że wam je tutaj przytoczę:

1. IFRA to ciało doradcze, istniejące w ramach wzajemnego porozumienia dostawców substancji zapachowych i która z tej racji nie jest wrogiem tychże dostawców. Jej dyrektywy mają charakter pomocniczy i nie są obowiązkowe dla dostawców substancji zapachowych, dążą do stwarzania "dobrych praktyk" unikania potencjalnych alergenów lub ich zastępowania innymi składnikami.

2. Dyrektywa i jej 7 poprawka odnośnie ograniczenia stosowania określonych składników nie pochodzi od IFRA (co nie oznacza, że wyżej wzmiankowana nie była jej promotorem lub lobbystą), lecz za nią stoi Komitet Naukowy Kosmetyków i Produktów Nieżywnościowych (SCCNFP) przy Parlamencie Europejskim, który wszakże zaleca jedynie umieszczenie na etykiecie potencjalnych alergenów, jeśli nie ma możliwości ich całkowitej eliminacji z perfum (ze względu na specyfikę kompozycji perfumeryjnych).

3. Na powyższej liście większość składników jest pochodzenia syntetycznego - 15 na 11 pochodzenia naturalnego. Nie jest ona skierowana tylko na producentów składników naturalnych.

Podsumowując, reformulacje (zamiana składników lub ich proporcji w ramach jednego zapachu), czyli zło powszechne, zmora każdego perfumaniaka, nie jest w większości spowodowana przez złą wiedźmę IFRA, lecz przez koncerny, do których należą marki - najprawdopodobniej w celu zmniejszenia kosztów wyprodukowania perfum. Proporcja to jakieś 99% do 1% spowodowanych przez poprawkę do dyrektywy kosmetycznej autorstwa SCCNFP (a pośrednio także i IFRA). Tak to przynajmniej widzi Roja Dove, profesor perfumerii, autor licznych kompozycji bespoke perfumerie (perfum na ind. zamówienie), założyciel i nos niszowej marki Roja Dove Perfumes. Na tę chwilę nie mogę znaleźć link do tego wywiadu w internecie, przy najbliższej okazji wyleczenia amnezji koniecznie go tutaj wstawię;) Aby się podeprzeć autorytetem, że tak powiem:) <edit> No i nie znalazłam, choć przeryłam masę wywiadów z nim, ale ta nuta powtarza się wielu jego wypowiedziach w mniej lub bardziej bezpośredni sposób <maria>

IFRA występuje najprawdopodobniej w roli kozła ofiarnego, na którego zwala się całe zło świata perfumeryjnego oraz jako przykrywka niecnych manipulacji koncernów - właścicieli marek. Oprócz roli własnej - zwiększenia bezpieczeństwa w stosowaniu kosmetyków, w tym także perfum .

Obszerny cytat pochodzi z książki "Podstawy perfumerii" Bruda i Konopackiej-Brud. To nie ostatniej pojawienie się tej wspaniałej skarbnicy wiedzy wszelakiej tutaj.

piątek, 30 marca 2012

Czyli jaka marka do jakiego koncernu należy. Wszystkie informacje pochodzą z pozycji "Podstawy perfumerii" (patrz post niżej).

Procter&Gamble: Anna Sui, Christina Aguilera, D&G, Dunhill, Escada, Ghost, Giorgio Beverly Hills, Gucci, Boss, Patou, Lacoste, Laura Biagiotti, Valentino.

L'Oreal: Body Shop, Cacharel, Diesel, Giogrio Armani, Laroche, Helena Rubinstein, Lancome, Lanvin, Paloma Picasso, Ralph Lauren, Victor&Ralph.

LVMH: Benefit, Dior, Fendi, Guerlain, Givenchy, Kenzo, Loewe, Donna Karan, Marc Jacobs, Pucci, Sephora.

Henkel: Krizia.

Shiseido: Issey Miyake, Jean Paul Gaultier, Narciso Rodriguez, Serge Lutens, Shiseido, Zirh.

Estee Lauder: Aramis, Clinique, Estee Lauder, Jo Malone, Michael Kors, Perscriptives, Sean John, Tom Ford, Tommy Hilfiger.

Chanel: Chanel.

Caron: Caron.

Coty: Adidas, Calvin Kelin, Celine Dion, Cerruti, Chloe, Chopard, Coty, David Beckham, Davidoff, Esprit, Gwen Stefani, Jil Sander, Jennifer Lopez, Jovan, Joop, Kate Moss, Kenneth Cole, Kylie Minogue, Lagerfeld, Nikos, Pierre Cardin, Sara Jessica Parker, Vera wang, Vivienne Westwood.

Yves Rocher: Yves Rocher, Isabel Derroisne.

Amore Pacific: Lolita Lempicka, Castelbajac.

Clarins: Azzaro, Thierry Mugler.

Puig: Antonio Banderas, Carolina Herrera, Myrurgia, Nina Ricci, Paco Rabanne, Prada, Puig.

niedziela, 25 marca 2012

Obecnie wgryzam się w tę oto książkę. Jest to podręcznik perfumerii dla studentów chemii i kosmetologii, czyli w tej chwili w języku polskim najbardziej szczegółowy zbiór wiadomości w tym temacie. 

W swoim czasie przeczytałam chyba wszystko, co po polsku w temacie zostało wydane, puściłam w większość w świat (to, co mam, niedługo opiszę - Wielka Księga Perfum Pavii i Marzenie we flakonie Jellinka); tej książki na pewno się nie pozbędę. Zawiera ona bowiem mnóstwo wiedzy encyklopedycznej; niestety niewolna od błędów, w tym merytorycznych, które, nawet ja profesjonałem przecież nie będąc, wyłapałam od razu. Czuć tu rękę nie perfumisty, lecz chemika, i ta specjalistyczna wiedza jest bezcenna.

Jest tu spis najczęściej stosowanych składników kompozycji perfumeryjnych, zwierzęcych, roślinnych, żywic, chemicznych; sposoby pozyskania składników, tworzenia kompozycji. Wszystko opisane nader szczegółowo i wyczerpująco. Nie raz w swoich recenzjach i opisach powołam się na tę nieocenioną pozycję.

Jeśli do czego bym się przyczepiła, to do ceny (80 zł!), bardzo słabej szaty graficznej (fatalne zdjęcia:(), kredowego błyszczącego papieru (przez co 300-stronicowe dzieło waży kilogram! i jest słabo czytelne przy sztucznym świetle). No i te błędy... Eau Savage a nie - prawidłowo -  Sauvage, do tego przypisane Rochas zamiast Dior, Rochas pisane bez s; Dolce Vita datowana 1955 rokiem, Ungaro pisane Angaro... Mnóstwo tego jest, a przecież to podręcznik!

Dalsze wrażenia już wkrótce:)

Aha, i najważniejsze akcja szypr trwa! Dzisiaj w Cabochard Gres (dzięki Odarpi!!!)

 

sobota, 24 marca 2012

Dzisiaj Perfumami Dnia są Ma Griffe Carvena, autorstwa Jeana Carles'a, nosa takich znanych aromatów, jak Tabu Dana (1932), Schocking Elsy Sciaparelli (1937), Miss Dior 1947 (we współpracy z Paulem Vacherem). Ma Griffe (1946) - Mój Podpis - znajduje się w zacnym towarzystwie i warto przyjrzeć się mu bliżej.

Ta wersja zapachu, którą ja posiadam, nie pochodzi z 1946 roku - jest to pdt (parfum de toilette) lat 80-tych albo 90-tych, która wygląda tak:

Foto ściągnięte z internetu. Moja flaszka przybyła z Portugalii, w bardzo dobrym stanie, wszystkie nuty są na miejscu.

Początek każe nam się zastanawiać, czy ten zapach został dobrze sklasyfikowany jako kwiatowy szypr. Otwiera się bowiem  mocnym uderzeniem "mydlanych" aldehydów, które mocno podbijają w górę nutę gardenii i cytryny. Nie ma obowiązkowej świeżej nuty bergamotki w nutach głowy. Moja gorąca skóra w ekspresowym tempie przewija film otwarcia, gardenia i soczysta cytrynka znikają po dosłownie minucie, wchodzi kwiat pomarańczy, potem wsparta na aldehydach mości się róża z jaśminem - klasyczny akord francuski, znany nam dobrze z Piątki Chanel i Arpege, lecz umieszczony dość nietypowo, bo nie w nucie serca. 

Jakże szybko następuje kardynalny przełom, rubież, granica. Nie ma płynnego przejścia, jest wyrwa, po której zapach odwraca kota ogonem, jakby postanowił, że dość tego udawania, przymilania się, że jedna nie warto;) "Serce" bowiem serwuje nam niespodziankę, główną bohaterką której jest jakże perfumeryjnie brzmiący składnik - asafoetyda, inaczej czarcie łajno lub smrodzieniec, gumożywica pozyskiwana z korzeni i kłączy zapaliczki cuchnącej. Wszystkie te wiele brzmiące nazwy są w pełni usprawiedliwione, zapewniam:) Nuta serca pachnie po trosze goryczką startej skórki cytrynowej, gorzkim pudrem mimozowym, styraksem. Świerzbi i kręci w nosie, niepokoi. Zapach staje się gorzki, kurzy się i w tym momencie przypomina mi się klasyczna "babcina szafa", często używane określenie dawnych zapachów na forach perfumeryjnych, stała bywalczyni tematów o perfumach vintage. Jeśli ktoś chcę poznać tę starszą panią z bliska, ona tutaj mieszka. Pani jest narowista i żwawa; czerstwa z niej staruszka - i nie ma zamiaru się komukolwiek podobać. Gorycz nie ustępuje ani na chwilę, starsza pani zmusza nas do prostowania pleców i trzymania głowy wysoko, przypomina, że chęć przypodobania się każdemu to kiepski pomysł na życie. Starsza pani jest feministką! Jej "podpis" jest z pazurem (inne tłumaczenie wyrazu "griffe", nazwa to gra słów).

Zapach cichnie po kliku godzinach, powoli staczając się w bazę. Nie ma w tej bazie ambr ani cielesnych piżm, jest za to styraks, wetiweria i mech dębowy. Benzoina i piżmo zaznaczone, ale to zmyłka dla naiwnych. Stara zołza nie ma zamiaru z nikim się godzić ani za nic przepraszać. Do końca pozostaje sobą i nie przestaje drzeć kotów z naszym nosem;)

Jeśli ktoś lubi starą Miss Dior, stary - sprzed nowego wcielenia Bandit, Sikkim; proszę tędy.

Uwielbiam takie przekorne, zadziorne zapachy. Jednak jest to szypr, przewrotny, bo na początku udaje i oszukuje nas aldehydowo-kwiatowym wstępem w stylu Rive Gauche i First, ale rozwija się i zaskakuje; piramida jego nie jest tylko ozdobą, jak u wielu współczesnych zapachów, wywalających od razu kawę na ławę. Tego aromatu nie sposób ocenić w ciągu 5 sekund podczas krótkiej wizyty w perfumerii;) Lubię ten zapach, bo przygoda z nim to jazda po bandzie i nie dla każdego. Zero słodyczy, przytulności, nic o jedzeniu, naręcze kwiatów tylko po to, żeby dostać nim w twarz i podrapać się kolcami. Doskonały zapach na manifę i do rozmowy z szefem o podwyżkę:)

piątek, 23 marca 2012

Dzisiaj z rana bez zastanowienia chwyciłam odlewkę klasycznego Scherrera.

Mam go w odlewce, bo z dalekiej Ameryki flakon przyszedł z zepsutym atomizerem i w trakcie zdejmowania atomizera ułamała się szyjka butelki. Perfumy (woda toaletowa) powędrowały do dwóch brzydkich atomizerków, a w trakcie przepsikiwania strzykawką narobiły nam takiego zapachu!

Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy na sobie poczułam obezwładniającą zieloną, świetlistą nutę (wg fragrantiki - tzw. zielone nuty i porzeczki), która kręciła mi w nosie przez jakieś półgodziny, a potem gdzieś sobie poszła, ucichła i zapomniałam o zapachu.

Dzisiaj w ramach nowej akcji "jest wiosna - codziennie inny szypr" założyłam Scherrera w nadziei, że tamto cudowne zielone światło powróci i znów mnie opromieni. Niestety, dzisiejsza pogoda nie dla niego. Nuta górna w ogóle nie zagrała, od razu zabrzmiały nuty serca, po kolei: gardenia, nieśmiała różyczka i irys, stopniowo zanikały, gdyż na scenę wgramolił się cedr w towarzystwie... cywety i piżma. Nie ma tego złego... Od teraz z niczym cywety nie pomylę - ta zwierzęca, ostra nuta nie dawała mi spokoju przez cały czas trwania zapachu (dyskretnie rozglądałam się w komunikacji miejskiej, czy nikt nie zatyka nosa i nie ucieka ode mnie chyłkiem - ofiar w ludziach na szczęście nie było). Dzisiaj w palecie Scherrera dla mnie została wybrana nuta cedru okraszona afrykańskim kotem, a ściśle mówiąc, ekstraktem jego gruczołów okołoodbytniczych, które przed obróbka tak oto wyglądają:

Fajne, prawda?

No tak, od perfum przeszłam do ich składników, które wyglądają zgoła nieperfumeryjnie. Nawiasem mówiąc, pachnie cyweta znacznie lepiej, niż wygląda. Jest to znany w perfumerii składnik służący do utrwalania zapachów, zwłaszcza o nucie drzewno-orientalnej, ponieważ pachnie zwierzęco-cieleśnie. Jeden z niewielu składników zwierzęcych, który do tej pory nie został zastąpiony odpowiednikiem roślinnym ze względu na unikalność zapachu. Większość współczesnych perfumiarzy po prostu go unika, ponieważ koty są hodowane w urągających warunkach i nierzadko męczone w celu pobrania jak największej ilości materiału.

Dom wysokiej mody Jean Louis Scherrer został stworzony w roku 1963 przez ucznia Christiana Diora Jeana Louisa Scherrera. Do klasyki przeszły sukienki koktajlowe we wzory oraz marynarki.Dom ubierał takie osobistości jak rodzinę Kennedych, Sophie Lauren, Raquel Welch i in.

Pierwszy aromat domu Scherrer został stworzony w roku 1979. Jest to kwiatowo-zielony szypr o klasycznej konstrukcji. Nosa, czyli autora na przestrzeniach internetu nie udało mi znaleźć.

Inne zapachy tego domu dla Pań: Scherrer II - owocowy szypr, Nuits Indiennes (kwiatowy orient), S de Scherrer (kwiatowy), Nuits de Scherrer (waniliowo-pudrowy), Immense pour Femme (kwiatowo-waniliowy),Miss Scherrer (kompocik).

czwartek, 22 marca 2012

Nazywam się Maria Lisowska.

Zapachy i aromaty zaklęte we flakonikach to moje hobby, którym zainteresowałam się dopiero kilka lat temu, jak wyleczyłam alergię.

Interesują mnie przede zapachy dawne, tak zwane vintage. Moje ulubione kategorie to zapachy aldehydowe i szyprowe.

Tagi: o mnie
19:17, lis888 , o mnie
Link Komentarze (3) »

Dzisiaj przewrotnie - nie będzie o moich zapachach, tylko o zapachu testowanym.

Na wiosnę poszukujemy zapachów lekkich, rześkich, zielonych i przeźroczystych. Z plakatu reklamującego zapach wyziera sterylność, przeźroczystość, chłód i biel. Dobra, w to mi graj, lubię minimalizm, chłód i biel. Idziemy testować.

Dodam, że wieki temu miałam flakonik Scenta w wersji Floral i pachniał mi jakimś tanim "odekoloniem", ale to było olfaktoryczne wieki temu. Oprócz tego usiłowałam się bezskutecznie przekonać do Odysseja, co zakończyło się pierwszą w moim życiu migreną, za co jestem firmie Miyake dozgonnie wdzięczna - wiedza kluczem do potęgi jest.

Po drodze przez perfumerię była L'eau de Chloe - jeśli ktoś usiłuje nadal zgłębiać tajemnicę, w których perfumach ukryta jest Iso e Super, to tędy droga. W najświeższej nowości od Chloe słuchać Iso plus rachityczną różę po 15 praniach, ewentualnie citronelol czy inne jakieś molekuły udające cytruski.

Uff, dobrnęłam do Scenta, poraziłam się ceną - ponad 400 zł za setkę (tu minimalizmu jakby brak), obejrzałam bardzo ładny flakon. Cudne połączenie lekko zielonkawego gładkiego szkła i z oszronionym, ascetyczny napis - podoba mi się.

Jeden psik na blotter - coś jakby proszek do prania, trudno, trzeba testować na odnożu. Szczodry psik - atomizer leje po ręce - i ból, rozdzierający nozdrza! Potężny haust zagłuszacza smrodu środków piorących w kluczu cytrynowo-świeżym, czyli tak naprawdę najbardziej chemicznym. O żeż ty, dlaczego nikt mnie nie uprzedził! Jeśli to coś to werbena i cytrusy, od dzisiaj mówię i piszę po chińsku. Wszyscy bodaj znamy zapach werbeny (przypomina mi się Ellen O'Hara), nie może być pomyłki - werbeny tutaj niet! Cytrusy nawet obok nie przechodziły. Wszystko to jakiś koktajl Mołotowa mający zazwyczaj zastosowanie w proszkach do białego prania, ten do kolorowego ma chyba bogatszy bukiet.

Kiedy domniemamy akord cytrusowo-werbenowy odpływa (niestety, nie do końca) zgodnie ze zgłoszoną piramidą zapachu, na scenę powoli wychodzi goryczka galbanum i hiacyntu, mająca zapewnić zieleń i wilgoć zapachu. Niestety, ale być może taki był zamysł, hiacynt jest pozbawiony wszelkich znamion kwiatu (coś a la Irys Prady), a "sterylne" galbanum jest chłodne, gorzkie i jadowite, bo nadal w towarzystwie proszku Ariel albo Vizir. Jaśminu nie stwierdzam wcale. Bazy jako takiej nie ma, zapach trwa niezmiennie jakieś 4 godziny, na szczęście stopniowo się wyciszając.

Wąchając  Scenta, przeżyłam coś na kształt prywatnego objawienia - zrozumiałam, o co chodziło w cokolwiek tajemniczej koncepcji "bielszej bieli". Bielsza biel tego zapachu polega na tym, że "biel" - czyli  minimalizm środków finansowych jest jeszcze "bielszy" dzięki zastosowanym składnikom, czemuś na kształt pachnącego DDT, wyżerającego mózg. Bielsza biel jest jadowita i bardzo niebezpieczna, tania, tandetna, ale udająca ascetyczność.

Tak biały i ascetyczny jest lizol, fartuch pielęgniarki, kafelki w szpitalu.

Nos: Daphne Bugey, 2009

To, co poniżej widać, to wszystkie moje obecne flaszki. Jest trochę odlewek,

ale generalnie odlewek nie lubię i przyjmuję je do zapachowej garderoby w sytuacji absolutnego

braku dostępu do flakonu z powodów finansowych lub rzadkości danego zapachu. Flaszeczki zostały wyciągnięte na światło dzienne z garderoby, gdzie siedzą w chłodzie i ciemności na prośbę

współforumowiczów z forumoperfumach.pl, których tu serdecznie pozdrawiam, o ile zajrzeli w to

zapoznane miejsce;)

Zdjęcia nie zawsze są pogrupowane wg klucza, więc lista będzie osobno:

Guerlain

Shalimar i Shalimar Ode a la Vanille - współczesne wersje;

Chamade w miniaturce (perfumy?) i w edt z lat 80-tych;

Chant d'Arome edt z roku 1994?;

Liu edt z lat 80-tych;

L'Heure Bleue edp z 2010 roku we wkładzie do refilla;

Z lewej pyszni się malusieńki flakonik factice L'Heure Bleue.

Chanel

Chanel nr 5 edp w etui z roku 2010, czyli w najfajniejszej współczesnej wersji, w zasadzie resztka; edp splash z lat 90-tych?;

Chanel 22 edt z 2005 roku;

Chanel 19 edt splash z lat 90-tych?;

Chanel Cristalle edp w dużej flaszce i miniaturce.

Obok przycupnęła miniaturka Y YSL, a to dlatego, że nie było jej gdzie wepchnąć

Hermes

Na zdjęciu jest tylko Caleche edt i perfumy, miniaturka Equipage na razie gości gdzie indziej

YSL Rive Gauche 3 flaszki - współczesna edt, przedreformulacyjna edt oraz Intense - współczesny wkład do refilla, obok Calandre Rabanne'a na zasadzie sporego podobieństwa zapachu

Balmain

Tu tylko stara (jak bardzo?) Miss Balmian, nowoczesny Ivoire i malutka miniaturka Vent Vert

Zdjęcie z różnościami wszelakimi:

Joy Patou współczesna edt, Madame Rochas pdt z lat 80-tych?, dwie miniaturki Revillona:

Detchema i Turbulences, z lewej miniaturka perfum Scherrer Scherrer i Grey Falnnel Geoffrey Beene

Opium YSL w wersji perfum i edt, tuz obok nie wiedzieć czemu Caron Pour Une Femme i Infini

Następne zdjęcie to Gold Amouage pour femme edp w towarzystwie Eau de Soir Sisley i Cialengi Balenciagi - stara edt z lat 80-tych?; od lewej Aromatics Elixir Clinique miniaturka i flakon perfum

Cabochard Gres współczesny tester edt i mikro miniaturka, Estee Lauder White Linen edp i perfumy, oraz Azuree EL i Norell Norell współczesna edt

Dior Dune starej formuły i Miss Dior niestety zreformulowana wersja, ale wciąż nie Cherie;) To małe ładne to perfumetka po Serindze Floris odpachniona i napełniona Miss Dior

Mecheri Loukhoum Lauren Safari Carven Ma Griffe edt z lat 80-tych z tyłu skromnie Tea Rose Perfumers Workshop edt przed nią Cuir Lancome w wersji Collection i Arpege

Van Cleef&Arpels First perfumy i edt

 

 

 

 

wtorek, 20 marca 2012
Jest to cytat z wiersza Gertrudy Stein:

Rose is a rose is a rose is a rose
Loveliness extreme.
Extra gaiters,
Loveliness extreme.
Sweetest ice-cream.
Pages ages page ages page ages. 

Kiedy Gertrude Stein zapytano, "co autor miał na myśli", ta odpowiedziała:
"the poet could use the name
of the thing and the thing was really there".

Będę próbowała sprostać temu wezwaniu. Chcę przywoływać obrazy
i zapachy dawno minione,
zapomniane i moim największym marzeniem
jest,
aby zdobyły serca raz jeszcze i na zawsze. Moja miłość do perfum
zaczęła się od
zapachu róży. Ten blog jest dedykowany Królowej Kwiatów.

Skoro już jestem przy inspirujących cytatach, jeszcze jeden, który mi się
spodobał:
A rose by any other name would smell as sweet. 
- Shakespeare, Romeo i Julia
czyli: To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało.
W oryginale brzmi znacznie lepiej;) 


 
1 , 2